2 lutego 2022

Jeszcze wczoraj mój nierockandrollowy styl życia miał się świetnie. Pierwsze badania po-pandemiczne wykazały co prawda niewielkie uszczerbki tu i ówdzie. Stwierdzono opłakany poziom witaminy D3 w moim ustroju. Tylko czego innego można się było spodziewać. Ponoć ta witamina powstaje przy ekspozycji boskiego ciała na słońce. Deficyt tego pierwszego jest obecnie znikomy, a tego drugiego znaczny. O ekspozycji jakiejkolwiek nie mogło być zatem mowy, no chyba, że takiej prywatnej, przed lustrem. Pozostawanie lokalnym patriotą w stanie spoczynku, osiadłym na ojczyźnie, ma swoje oczywiste skutki uboczne. Trudno mi przy tym zapomnieć o niezliczonej liczbie niewidzialnych dla każdego okazyjnych benefitów tego stanu rzeczy. Mało na słoneczku ostatnio przebywam – to prawda. Nawet w Hiszpanii jest teraz zima. To niestety kolejny fakt, a dyskusja z faktami podobnie jak z większością mądrych kobiet może nie mieć większego sensu.

Od rana doznaję swoistego olśnienia. Moje życie już od kilku lat to nieustanne testy na nieistniejące gołym okiem ważne dla świata różnego rodzaju mikro gówienka. Jakby ktoś na górze sobie sprawdzał, czy wpasowuję mu się mą skromną osobą w bieg życia na tej planecie. Mój chleb powszedni to testy na wiruski wymyślone przez Teodora z WHO i Billa od Windowsa. Nie wliczam do puli stresów tych lewych testów, które robię sobie okazyjnie sam – tych niezbędnych by bezpiecznie dostać się do samolotu, gdy nagle potrzebuję szybko gdzieś uciec i nie mam czasu płacić komuś złotem za durny test. Dobijające są najbardziej te prawdziwe, które mogą mnie zmusić bym zastygł gdzieś uziemiony w bezruchu, w chorobie, w Panu… Zdarzają mi się też frustrujące testy – na małe bąbelki, których nie sposób potem oddać do okna życia z uwagi na religię partnerki, omdlewające testy – na klarowność mojej wampirzej krwi lub zagadkowe testy – stwierdzające jakość kołatania mego dzikiego serca. Te ostatnie zaraz po tym jak jestem przez kogoś wyjebany z jego nieskazitelnego życia wychodzą mi z reguły najciekawiej. Nadal na tym ziemskim bajzlu usilnie brakuje mi testów określających aktualny poziom mojej narastającej głupoty. 

Jednak dziś postanowiłem by przeżyć sobie dobry dzień. To taki stan, który produkuje w ludziach pogodne, szczere „dzień dobry”. Jest przeciwieństwem wymuszonego gówna na twarzy z którym chodzisz od samego rana aż do wieczora i straszysz nim niczemu winnych ludzi w windzie. To moja intencja na dziś po przebudzeniu: zajmij się po raz pierwszy w życiu sobą i uśmiechnij się do siebie. Zdałem sobie sprawę, że nawet gdybym miał w swoim zasięgu rąk jakąś zgrabną partnerkę o równie zgrabnym tyłku, to chyba poza wyuzdanym porannym seksem nie mogę poczynić nic konkretnego za nią samą. Za dowolnego kogoś innego bez zgrabnego tyłka zresztą też nie mogę. Mogę wpłynąć i zrobić coś tylko ze sobą i za mnie samego. Zrobienie czegoś za innych nie jest i nie będzie nigdy moją kompetencją. Za to ja sam to już zupełnie „co innego”, ponieważ świat można zmieniać tylko poczynając od siebie samego. Tak oto ożywiony tą nową odkrywczą myślą włączyłem moje ciało do porannego nurtu życia. Pierwsze wieści napływające ze świata były zasilające moje jestestwo świadomością pokoju na Ziemi. „Dzień dobry” zaczął się dobrym dniem niemal natychmiast wraz z moim nienagannym nastawieniem. Nie dowiedziałem się dla przykładu, że jestem z kimś w ciąży. Nieposiadanie kolejnego dziecka w perspektywie kilku następnych miesięcy mnie niezmiernie pocieszyło. Nie dowiedziałem się też, że moja ciocia z Ameryki, której nigdy nie poznałem, zdążyła mi zapisać milion amerykańskich dolarów w spadku po sobie. Trudno… Za to zaledwie kilka godzin później dowiedziałem się, że mam uszkodzone serce i mam się czym prędzej udać do najbliższego kardiologa po szczegóły mojego wyroku. Czyż to nie ironia?

Nadal nie wierzę…

Zawsze byłem niemal pewien, że prędzej czy później rozpocznie się w tym wcieleniu jakaś forma mojej starości i powolnej agonii. Liczyłem bardziej na to później. Widziałem obraz siebie, który u kresu życia nagle zacznie się sypać od czegoś niepozornego i błahego, co przetoczy się przeze mnie i da mi konkretnie w kość. Będę wtedy tak stary, że kichnę i od tego umrę. Miałem nadzieję na jakieś złowieszcze oznaki starości u mnie nieco wcześniej, takie które stopniowo oswoją mnie z wizją ostatniego pożegnania z naszym terrarium. Myślałem, że na końcu całego szeregu dolegliwości w wieku 80 lat gdzieś po drodze pewnie mi odpadnie ptaszek lub stanie się coś równie złowrogiego o czym mało kto marzy. Rozjebanego serca w wieku 45 lat jakoś nie przewidziałem dla siebie zupełnie. Chyba czas znaleźć sobie ostatnią w tym wcieleniu kochającą mnie kobietę – taką co wytrzyma ze mną już do końca. Dlatego uroczyście ślubuję – każdej kobiecie, która ze mną starci głowę obiecuję zmieniać kaftany.

Jebana magiczna data – pięć dwójek na raz. Wiedziałem, że to nie wróży dla mnie niczego dobrego. Normalnie jakieś love z gimbazy może by się na ten romantyzm magii liczb dało dziś złapać, ale taki wytrawny konspirator życiowy jak ja? Niemożliwe.

Odkąd dowiedziałem się, że mam spierdolone serce zaczyna mnie boleć wszystko, nawet jak łapię powietrze to coś jest nie tak z tym powietrzem. Przerażające – w sumie tylko dwa narządy u mężczyzny są najważniejsze… jak działają poprawnie to każda kobieta już sobie dalej poradzi. Tylko czemu ja się w ogóle dziwię? – podobno po czterdziestce, to zwykle już szukasz kobiety, która potrafi wykonać RKO. Ja teraz szukam takiej co mnie w tym stanie przygarnie… Nie musi być nawet ładna.

Dziś jest niestety już to jutro, o które martwiłem się wczoraj. W tym dziś pozostaje mi życzyć sobie, by do końca życia już nic mi się nie spóźniało. By nie spóźniał mi się wyczekiwany samolot, okres u mojej dziewczyny i abym nie spóźnił się na wizytę do kardiologa… Jeśli to ostatnie zawalę, wtedy wszystkie inne spóźnienia mogą się stać mocno przereklamowane…

2 myśli na temat “2 lutego 2022

  1. To serce to złamane przez tamtą kobietę o której tyle tu kiedyś pisałeś? Współczuję tego uwikłania… Konsekwencje chorej „miłości” na końcu ogarnie kardiolog… dobre!

Leave a Reply to Mr of America Cancel reply