25 października 2021

Przychodzi w życiu taki czas, gdy chcesz oddalić się od dramatów i osób, które je tworzą, pragniesz otaczać się ludźmi, z którymi się śmiejesz. Z tej okazji zrobiłem sobie test ciążowy. Potwierdził moje najgorsze podejrzenia. Jestem otłuszczony. Chcę ostatecznie pożegnać ten stan, a przy okazji alkohol, przynajmniej na jakiś czas. Chcę znów nabrać sił i normalnie móc żyć. Mam wrażenie, że w przeciwnym razie moje wysublimowane style spędzania czasu mogą mnie przedwcześnie unicestwić. Możliwe, że przez mój rockandrollowy pociąg do życia ludzie nie rozpoznają przy mnie już tej wrodzonej sympatyczności, która dawniej była mym znakiem firmowym. Faktycznie od jakiegoś czasu trzymam moją sympatyczność zamkniętą w takim słoiku, w szufladzie, w moim biurku pod kluczem. Zapuściłem się emocjonalnie i fizycznie. I wcale nie chodzi o to, że nie ponosi mnie już fantazja by chodzić w czerwonych butach na wysokich obcasach, nawet w sypialni. Czegoś innego mi brakuje – życiowej normalności. Zupełnie jakbym był wewnętrznie niekompletny, co oczywiście wywołuje u mnie poczucie braku sensu, odstawania i jesienną blazę. 

Mam arystokratyczne podejście do życia. Dlatego lubię przeżywać je nietandetnie po pańsku z pańska, w cztery konie. Mierżą mnie wynajmowane, ciasne mieszkania lub życie na kredyt. Bardzo wierzę, że do godnej egzystencji w życiu niezbędny jest stosowny błysk w oku, uśmiech na twarzy i nieznośna, nieustająca lekkość bytu podarowana mi od losu. Pewnie dlatego coraz częściej moim atawistycznym marzeniem jest by znów stać się dzieckiem. Chciałbym patrzeć na świat z ufnością i naiwnością dziewięciolatka. Ostatnio Papież Francesco przypomniał mi nawet jak jeden z bohaterów Biblii o ksywce Jezus rzucił gdzieś fajny tekst: „jeśli nie staniecie się jak dzieci, to nie wejdziecie do Królestwa Niebieskiego”. I ja właśnie w tej sprawie – w końcu czas pomyśleć o lepszej przyszłości i zaopiekowaniu się sobą w wieczności.

Być może to przez moje zbyt liczne kontakty z nielicznymi acz bardzo specyficznymi kobietami osłabiła się gdzieś moja wewnętrzna męskość. Wszystkim zachciankom kobiet trudno sprostać. Nie wykluczam, że moje fizis by dźwignąć presję bycia rozpoznawanym przez obcą płeć jako stuprocentowy i prawdziwy facet, i z uwagi na mój wiek oraz parę innych mniej istotnych dupereli z nim związanych spięło się za bardzo, spuchło i ostatecznie nie dało rady. Może jest jednak tak, że prawdziwy facet w dzisiejszych czasach nie istnieje naprawdę. Ja dążyłem by nim zostać robiąc nieustające maratony leżenia w wannie na przemian z odpoczywaniem po zbyt krótkim spaniu. To tak jakbym sobie postanowił, że zostanę od jutra Brucem Lee, Batmanem albo Smerfetką nie robiąc w tym kierunku nic przełomowego ponad to, co już od lat bezskutecznie robię. Zauważyłem niedawno, że tak zmienić w życiu się nic nie da. Niepotrzebnie kobiety tworzą sobie obrazy tego jak my mężczyźni powinniśmy dla nich wyglądać i się przy nich zachowywać. Potem szybko przychodzi rozczarowanie, które ostatecznie odbija się na nas i na jakości naszego seksu z nimi. Myślą, że przecież facet musi być silny i męski, a jednocześnie nie powinien być przemocowy, ani nadużywający. Żyją w iluzji wyobrażając sobie, że mężczyzna będzie otwierać drzwi kobiecie, bo jest to dla niego ważne i dobrze robi mu się od tego w głowę. To tylko po części prawda. Osobiście lubię otwierać kobietom drzwi jednak z innych powodów. Przecież nie potrafię zaprzeczyć, że lubię widywać je od tyłu i ukradkiem móc oceniać ich tyłki.

Zresztą znam cięższe przypadki nieudolnego zakochiwania się w kobiecie niż mój. Chyba nie ma nic gorszego niż facet z problemami emocjonalnymi, który spotka na swojej drodze kobietę z problemami psychicznymi i taka para się niechcący w sobie zakocha. Tragiczność tej sytuacji nie jest widziana przez z żadne z jej uczestników. Widzi to ich otoczenie, które nie jest w stanie nic z tym zrobić, gdyż miłość jako jednostka chorobowa ma to do siebie, że potrafi ludzi wiązać znacznie mocniej niż kredyt na dom, a ogłupiać bardziej niż gromadka małych dzieci do wykarmienia latających po tym domu.

Na szczęście mój problem jest trochę innej natury. Bardzo chciałbym móc dawać kobietom nieustające orgazmy intelektualne. Do czegoś potrzebuję by na codzień widywać ich podziw i zachwyt. Tymczasem przeważnie trafiam na kobiety, którym zamiast tego zależy na tym by ich wszystko „było na wierzchu”. To do nich ma należeć ostanie słowo w rozmowie. Nasza koegzystencja komunikacyjna powinna być skupiona na mym nieustannym zainteresowaniu tym, co wydarzyło się u niej w pracy. Bardzo chętnie poznam normalną kobietę, która nie kłamie i nie oszukuje, która nie nosi w sobie obłudy. Pozostaję w nieustającej nadziei, że to co ona mi powie nie będzie posiadało drugiego dna szydery i czarodziejskiego efektu dopieprzenia mi. Kobieta nieskomplikowana, która wydobędzie z siebie siłę by powstrzymać się przed opowiedzeniem mi jak bardzo nie podobają jej się moje spodnie bo nikt z mijanych osób takich akurat nie nosi, jak bardzo mam niestosowne buty by chodzić z nią po szlakach górskich lub niesymetryczna szczękę by mogła mieć dziś orgazm. Gdy ją spotkam pojmę ją w złotą klatkę i opchnę do pobliskiego muzeum osobliwości. Jak żyję jeszcze takiej nie poznałem. Nurtuje mnie bardzo czy po ziemskim padole stąpają jeszcze kobiety, z których prędzej czy później nie wylezie czyhająca na mnie agresja.

Coraz częściej wychwytuję, że istnieje pewna istotna różnica pomiędzy wysokim mniemaniem o sobie, a poczuciem własnej wartości. Ja mam wyjątkowe szczęście do spotykania kobiet z tym pierwszym i wybitnego pecha do kobiet z niedostatkiem tego drugiego. W takiej próbie ustanowienia relacji nie zaznaję nigdy spokoju, gdyż wszystko co powiem okazuje się być odbierane jak moja krytyka w stosunku do niej. To co się dalej dzieje jest wybuchem emocji, których ich producentka bardzo szybko nie jest w stanie kontrolować, a ich adresat najchętniej by je przeczekał w przeciwatomowym bunkrze. Tak bardzo chciałbym umieć doceniać, kiedy ktoś poświęca mi swój czas. Przecież oddaje mi wtedy coś, czego już nigdy nie odzyska. Więc po co tracić tą wspólną ofiarę na wzajemną agresję? Czy nie da się zamienić jej na piękno, harmonię i spokój?

Jestem prawie pewien, że ja to może i bym chciał mieć żonę. Tylko nie wiem jak ogarnąć z nią prozę codzienności. Już widzę jak zaczyna się od prozy, a kończy na dramacie. To rozwala każdą relację. Do tego gdzie spotkać tą właściwą, tą piękną, odpowiednią dla mnie i jedyną? Uważam, że piękno kobiety nie zależy od ubrań, które nosi, wyglądu, jaki ma, ani od sposobu czesania włosów. Piękno kobiety musi być postrzegane prosto z jej oczu, ponieważ są to drzwi do jej serca, miejsca w którym mieszka miłość. Z tego względu w dzisiejszych czasach bardzo ryzykowne są randki w ciemno. Zwłaszcza z przypadkowymi osobnikami polubionymi na podstawie podrasowanego komputerowo zdjęcia. Nie ma szans popatrzeć wtedy w prawdziwe oczy. Zamiast tego dostajesz obrobioną filtrem programu graficznego sztuczność. Niestety nigdy nie wiadomo czy ten ktoś na zdjęciu jest tak samo cudowny lub obrzydliwy na zewnątrz jak i wewnątrz. Zdjęcia prawie zawsze kłamią. Do tego myślę, że gdy kobieta ma zdjęcie na którym jej nie widać to albo ma męża albo nie była jeszcze wysilikonować ust, brwi o hałdę węgla nie ocierała, brzydka jest, pulchniutka albo ma trzy dłonie. To ja podziękuję. Jednak z wynalazku Tindera nie będę korzystać. Noblesse oblige – trzeba mieć odrobinę godności i umieć wybrać bycie samemu.

Morze Jońskie, wschód Słońca

Jedna myśl na temat “25 października 2021

  1. Kobieta jaką opisujesz to gatunek na wymarciu…często słyszę to od znajomych tuż po rozwodach lub tuż przed nimi…ja sama kiedyś usłyszałam,że jestem kobietą renesansu …..zapytalam więc skąd taki pogląd? Bo Ty potrafisz zająć się dzieckiem, domem, mężem, studiami, masz pasję, potrafisz nawet siekiery używać A do tego nie masz nic sztucznego w sobie….nigdy tak o sobie nie pomyślałam…byłam pewna że takich kobiet nikt nie docenia…dziś wiem, że jest więcej warta niż tuzin wypacykowanych dziewczyn, jestem 19 lat po ślubie mimo tego, że nie mam jeszcze 40 lat…I pewnie, że mam wady jak każdy Ale największą zaletą jaka posiadam jest zdolność ODPUSZCZANIA tego co nie jest mi potrzebne, co mnie dołuje, zabiera chęć życia, odpuszczania znajomości, czasem i przyjaźni takich jednostronnych…doceniam każda chwilę…
    A Tobie życzę abyś docenił każda swoją zmarszczkę, każdy blizne, każdy dodatkowy kg, każda zaletę I wadę bo to jest Twoja osobista mapa życia….pozdrawiam

Leave a Reply to Andzia Cancel reply