20 marca 2021

Pierwszy magiczny karaibski zachód słońca, pierwsza tropikalna ultrakrótka ulewa, droga do mojej kajuty, do tej na dziobie, na lewej burcie. Nic więcej nie zapamiętałem. Wyczekiwane długo egzotyczne wrażenia z nowego miejsca zostały odhaczone. Dziewicza noc w Ameryce Środkowej i nakładające się na nią moje zmęczenie po podróży, sprawiły, że w pewnym momencie mnie odcięło. Obudziłem się i była 6:00 rano. Nie wiedziałem przez dłuższą chwilę, gdzie jestem. Gdy wróciła świadomość zdałem sobie sprawę, że najwyraźniej musieliśmy wypłynąć jeszcze w nocy.

Dzień już wstał, a nasz katamaran sunął w kierunku Gwadelupy. Bezmiar spokojnego Morza Karaibskiego i jego niepowtarzalny poranny urok orzeźwiał mnie ciepłym powietrzem i powalał swą nieskomplikowaną przychylnością. Ponoć im bliżej równika tym na morzu jest spokojniej. Kawa w tych warunkach smakowała wybornie. Tylko tutaj chmury zlewają się w oddali z horyzontem, a ponad nimi jest krystalicznie czyste niebo. Kiedy się już trochę żegluje gdzieniegdzie pośród tych chmur, co i rusz czasem widać w oddali tęczę, a często zdarza się, że nawet widać dwie tęcze na raz. Z prawej burty, w niedalekim oddaleniu był widoczny brzeg Dominiki. Jej środek mieliśmy centralnie na naszym trawersie. To oznaczało, że do Gwadelupy brakowało nam jeszcze drugie tyle drogi co już przebyliśmy z Martyniki. Wulkaniczna wyspa wyglądała na dziką, skalistą i niegościnną. Do tego ciągle zasłaniała nam wschód słońca, które nie potrafiło przebić się przez jej kamieniste szczyty. Płynęliśmy nie dalej jak kilka kilometrów od tej zielonej skały, wyspy-państwa, chwilowo zamkniętego na cztery spusty w ochronie przed szalejącą po świecie pandemią. Jedynie widok był tu niemal egzystencjalny. Powrót do edenu w żeglarskim stylu. Gdzieniegdzie latające ryby pośród pięknego koloru wody i nieba. Podziwialiśmy na wskroś inny świat, do którego tak trudno było nam się dostać. Nagradzał on ten nasz wysiłek w każdej chwili bycia z nim blisko, swym wybornym obliczem, takim na żywca wyjętym z pocztówki, z podróżniczego Instagrama. Miarodajny szum silnika w tle i szybkość 4-5 węzłów. Idylla na żywo. Do tego niemal kompletna flauta na morzu. Zupełnie taka, jaka czasem pojawia się na Mazurach w upalne lato, kiedy ani woda, ani powietrze nie mają siły się nigdzie ruszać. Jeśli płyniesz koło Dominiki korzystasz z dosłownego odcięcia od świata zewnętrznego. Dominika to nie Unia Europejska – tu telefon komórkowy lepiej jest mieć wyłączony. Zamiast nieprzyjemności z rachunkiem telefonicznym po powrocie, masz na miejscu gratisowe, kilkugodzinne odmóżdżenie od komunikatorów i problemów świata, które zostawiłeś 8 tys. km stąd, gdzieś daleko – nie wiadomo do końca gdzie.

Dochodziła 10:00. Niespodziewanie oczom mym ukazała się malownicza zatoczka należąca do grupy mikroskopijnych wysepek Gwadelupy o nazwie Terre-de-Haut. Nasza kotwica poszła w dół, a nasz korek od czerwonego wina w górę. Tak trzeba żyć pomyślałem… Abstynencja na tym rejsie ewidentnie mi nie zagrażała. Zaczęliśmy z moim przyjacielem dzień od degustacji wina. Tylko ile można pić wino, kiedy ucieka nam załapywanie się na cudny świat na lądzie. Postanowiliśmy opuścić ponton i przedostać się czym prędzej na brzeg.

Towarzystwo na pokładzie miało co i rusz jakieś swoje ograniczenia i wewnętrzne problemy, które mało nas dotyczyły i zupełnie nie interesowały. Na dobór załogi na rejsie nie mieliśmy niestety żadnego wpływu. Zresztą na komercyjnych rejsach rządzi tym prawie zawsze przypadek. Ten sam przypadek rządził nastrojami i humorami naszych świeżo poznanych kompanów. Najbardziej „po drodze” było nam z parką współtowarzyszy numer jeden. Szybko okazało się, że w ich osobach spotkaliśmy na tym francuskim zadupiu tak naprawdę ludzi podszywających się pod rodzinę Makłowiczów. On był przezabawną kopią Roberta Makłowicza, ona była żoną kopii Roberta udającą zabawną. Problem polegał na tym, że on był bardzo zabawny, a ona – niczego jej nie ujmując ani nie dodając – była na tamten moment ewentualnie dla nas niekłopotliwa. Oczywiście niekłopotliwa kobieta z ambicjami do bycia zabawną i nadziejami na coś więcej to potencjalne źródło kłopotów, które tylko czekają by je spotkać. 

Jako kompani do dzielenia pontonu i czasu wolnego pasowali nam przeciętnie. Zbliżyliśmy się do nich bardziej z braku laku niż z zachwytu. Byli do zniesienia dużo bardziej niż para numer dwa. Radca prawny z panią adwokat stanowili upiorne połączenie zarozumiałości z wszystkowiedzącym radykalizmem w swych niedyskutowalnych poglądach. Cenili sobie najbardziej alienację, indywidualizm i własne towarzystwo. Tamtego dnia nie było w ogóle wiadomo, co komu chodzi po głowie, dokąd kto ma chęć się udać ani jak spędzić resztę dnia. Ja z przyjacielem udaliśmy się więc na pobliską plażę, a Makłowicze widząc to udali się tam z nami. Mecenasi włóczyli się wszędzie tam, gdzie akurat my z Makłowiczami nie chodziliśmy. Trzymali się na uboczu, bez wyraźnej ochoty szlajania się w naszej bliskości. Mecenasi byli przez Makłowiczów uznani za wdzięczny obiekt żarcików i dogłębnych analiz rodem z „Detektywa”. Żona Makłowicza przeróżnymi domysłami próbowała zespoić mgliste strzępki faktów zapamiętanych na temat pary Mecenasów w jednolitą spójną hejterską historyjkę. Jej plan był taki, by móc się potem tą historyjką karmić i zasilać do woli przy każdej nadążającej się okazji już do samego końca rejsu. 

Kiedy zadajesz się z Polakami dość często bywa tak, że o nieobecnych najlepiej mówi się źle lub bardzo źle. Rzadko wcale. Na wcale trzeba sobie trochę zasłużyć. W Polsce to chyba rodzaj uznania, kiedy nikt nie obrabia ci dupy, gdy cię obok nie ma. Domyślacie się zapewne jak mówiło się w naszym towarzystwie o Mecenasach… Nikt ich dobrze nie znał, a najmniej ja i mój towarzysz. Miałem dziwne wrażenie, że Makłowiczom bardzo zależało abyśmy to czym prędzej nadrobili. W końcu oni znali ich dwa dni dłużej. Mieli więc ogromną przewagę poznawczą. Momentami ich opowieści z dwóch pierwszych dni rejsu, na który nie zdążyliśmy, bywały w swej formie zjadliwe. Miały oczywiście silną tendencję do poszukiwania jakiejś ukrytej prawdy, która wszystkim umykała, a która już lada chwila powinna ujrzeć światło dzienne w postaci gdzieś przyczajonej sensacji. Niestety przełomu w tym żadnego, póki co nie było, a każda z tych złośliwych historyjek była mniej więcej dokładnie o tym samym co poprzednia. 

– Jak to wypada, kiedy on jest brzydki i stary, a ona jest z nim – taka niezgorsza i dużo młodsza? – O co w tym chodzi? – Wtórowała do siebie samej co i rusz Makłowiczowa. – Co ona z takim brzydkim i starym facetem tu robi? Tu poza pieniędzmi nie ma jak dla mnie żadnej miłości… – i tak w kółko paplanina. Emocje jak na grzybach.

Wnioski były z grubsza takie, że w ogóle to głupio tak z kochanką na rejs do ludzi pojechać, bo przecież to słabe by mieć seksowną kochankę i najlepiej przyjechać tak jak oni bez kochanki. Takie to były budujące Polaków rozmowy… Słuchaliśmy tych sensacji z kolegą sącząc jedno piwo za drugim. Po pewnym czasie było nam już wszystko jedno kto jest ten dobry, a kto ten zły. Zastanawialiśmy się nawet przez moment czy da się jeszcze coś wymyślić by mecenasów bardziej nie lubić ku uciesze Makłowiczów. Niestety nie wymyśleliśmy niczego konkretnego. Wtedy jedyne co nam pozostawało to dalsze sączenie piwa…

Szwendając się po karaibskim miasteczku z Makłowiczami i Kapitanem miałem nieodparte wrażenie, że tu, gdzie jesteśmy są to dość specyficzne Karaiby. Antyle Francuskie to prawie nie Karaiby. Na pewno nie te z filmów o piratach. Tak, jakby ktoś nałożył na te oryginalne, czarne, podbite i biedne jakiś francuski filtr, który do nich średnio pasował. Tutaj piraci z filmów by zbankrutowali. Waluta europejska, ceny paryskie, Carrefour w centrum miasta, a w plażowych barach oryginalne belgijskie piwo w cenie złota Leffe Blond – moje ulubione. Zdecydowaną różnicę względem Europy robił klimat oraz powalająca widokami przyroda. Bananowce na ulicach częstujące przechodniów owocami, palmy rosnące na plażach pod ostrym kątem skierowane w stronę morza, ogromne muszle, kolorowe kraby, a na każdym kroku pocztówkowe widoczki. Wszystko tu było wybitnie niemetropolitalne. Raczej bardzie wiejskie i swojskie. I jeszcze ten klimat niezachęcający by się w nim zebrać do jakiejkolwiek pracy. Jednocześnie tak przychylny, że gdyby ci się zdarzyło spędzić noc na powietrzu nic złego ci się od tego nie przytrafi… I ja tak właśnie zasnąłem zupełnie niechcący na pokładzie naszego statku już koło 18:00. Ominęła mnie przez to jakaś imprezka na brzegu, na którą podobno nie dało się mnie w żaden sposób dobudzić. Moje przegrzane słońcem kości ewidentnie rozpoznawały, że to już najwyższy czas na ich sen. W końcu w domu teraz była 23:00…

…to be continued…

Dodaj komentarz