19 marca 2021 minus 5h

Staliśmy przed lotniskiem ubrani jak na typową polską zimę. Był ciągle piątek. Dobiegała 16:00 lokalnego czasu. W Polsce była już prawie 21:00. W tych warunkach poczucie czasu się zatraca. Jetlag i mózg płatają ci figla więc zaczynasz mieć gdzieś, która jest godzina. My byliśmy zmęczeni i wymiętoszeni po podróży. Cieszyliśmy się, że nikogo z nas nie zgarnęła policja, że nie przywalili nam kary za jaranie szlugów i w ogóle, że dało się dolecieć tam, gdzie według wszelkich znaków na niebie i ziemi w tej strasznej pandemii nie powinno się dać dolecieć. Wychodząc z lotniska przypominaliśmy dwóch Ziutków zza krzaka, jak byśmy z pierdla dopiero co wyszli. Dwóch nieopalonych słońcem białasów zaskoczonych faktem, że ono świeci, że jest bezchmurne niebo i jest jakieś 30 stopni w cieniu. Kolega poszedł szukać bankomatu, a ja w tym upale poszedłem poszukać piwa. Kiedy wychodzisz z lotniska na Martynice wszystko masz pod ręką. Bar po lewej stronie od wyjścia, bankomat po prawej. Pierwszy zong jaki cię spotyka to ceny. 4,40 EUR za małe piwo w barze – tanio nie jest. Przeboleliśmy to jakoś i z buteleczkami w rękach udaliśmy się do najbliższej taksówki. Katamaran pływał wkoło wyspy od dwóch dni czekając już tylko na nas. W końcu mieliśmy być tu w środę… Trzeba było przedostać się do Marine de Saint-Pierre. Zdaniem googla z Fort-de-France to 33 km i jedynie 40 min. Taksówkarz, gdy mu pokazaliśmy adres pokazał nam w rewanżu wszystkie swoje białe zęby. Był rosłym Murzynem, przepraszam Francuzem o ciemnej karnacji, któremu trafił się akurat bardzo dobry kurs.

– Ile?

– Tyle co taksometr.

– Czyli ile?

– Tyle co taksometr.

– 20 EUR?

– Sir… nie wiem, czy skończy się na 80…

– Ile dla stałych klientów?

– Tyle co taksometr.

Wsiedliśmy… Uprzejmie nas jeszcze zapytał, czy chcemy by poczekał aż dopijemy piwo, ale darowaliśmy sobie dalsze konwenanse. Nie minęło pięć minut trasy, a na liczniku już było prawie 20 EUR…

– Zobacz… nie minęło pięć minut trasy, a już jest prawie 20 EUR na liczniku. Musimy obczaić jakieś piwo. Jest tak gorąco, że bez czegoś zimnego nie dojedziemy.

Nie miałem nawet cienia oporu by zaprzeczyć tej świętej prawdzie wygłoszonej przez mojego towarzysza.

– Hey man! – mój kolega zagaił uprzejmie po angielsku – Możesz się zatrzymać, jak będzie po drodze jakiś sklep…? Potrzebujemy więcej piwa…

– Robi się Sir.

Dokupiliśmy jeszcze po trzy na głowę – na wszelki wypadek. Zimne piwo to podstawowa sprawa w tym klimacie. Ciekawostka, że w wiejskich sklepikach przy drodze obowiązują zawsze dwie ceny piwa. Inna za zimne, inna za ciepłe. Tym genialnym sposobem nie zdążyliśmy dopić nawet pierwszego zimnego, a już byliśmy u celu. Stanęło na 70 EUR za kurs. Spory bonus z uwagi na kity, że w powrotną drogę skorzystamy z usług tego samego kierowcy.

– Yo man, gdzie wy jesteście? – odezwał się głos kapitana w słuchawce.

– Kapitanie to my się pytamy, gdzie ty jesteś?

– Widzisz tę rękę co macha do was z morza… trzeci katamaran po lewej stronie. Zaraz po was będę. Idźcie do sklepu i ogarnijcie pieczywo na dwa dni i jakiś rum dla mnie.

Tak jak obiecał. Zaraz po nas był.

– Jak towarzystwo kapitanie?

– Jest jedna parka. I jeszcze jedna parka i wy…

– I fajnie jest?

– Przeżyłem dwa dni…

Ja i mój kompan popatrzyliśmy chwilę po siebie dość porozumiewawczo. Zaraz potem każdy z nas zastanawiał się jeszcze przez krótką sekundę czy my, aby dobrze zrobiliśmy, że jesteśmy tu tylko my – sami. Kolega wyrwany z objęć ukochanej partnerki, ja bez żadnej pary. Ale trudno, nie było już odwrotu. Wsiedliśmy do motorówki objuczeni bagietkami i piwami. Rumu nie było. Katamaran wyglądał dobrze. Całkiem okazały w porównaniu z tym czym pływaliśmy pół roku wcześniej po Cykladach. Zgodnie z przewidywaniami zastaliśmy na pokładzie dwie parki. Jedna prawie znajoma, bo panią znałem z rejsu po Balearach, a o panu mężu coś nieco wcześniej słyszałem. Druga parka nikomu z nas nie była znajoma – starszy gość z młodszą o kilkanaście lat od niego panią. Miałem dość mieszane uczucia czy my z nimi tyle dni wytrzymamy. Nasza kajuta prezentowała się za to bardzo schludnie. Dobrze, że zrobiłem jej wtedy zdjęcie. To był ostatni raz, kiedy tak dobrze wyglądała. Już do samego końca rejsu z każdym dniem było z nią tylko gorzej. 

Na stół wjechały befsztyki, wino i raczej sztuczny klimat wyraźnie kiepsko zintegrowanej ze sobą załogi. Dziś wieczór miał być już tylko relaks, noc na kotwicy przy miasteczku, a jutro rano żeglowanie. I byłby może ten relaks… Niestety zostaliśmy poproszeni o składkę za 10 dni na jedzenie. Nasze niewinne pytanie o to czy skoro jesteśmy dwa dni krócej składka nie powinna być za 8 dni przelała czarę goryczy, której istnienia zupełnie nie byliśmy wtedy świadomi. Rozgorzała dyskusja, w której paradoksalnie nie braliśmy żadnego udziału. Byliśmy jedynie zapalnikiem czegoś, czego się zupełnie nie spodziewaliśmy. Patrzyliśmy jak ludzie, którzy zapłacili dobre dwa tysiące Euro od głowy i przemierzyli pół świata by być na Karaibach, postanowili popsuć sobie nastrój o parę groszy. Jak to mówił klasyk Janek Himilsbach: „trzeba mieć fantazję”, a jak to często dopowiada mój przyjaciel Zdzisiu: „także ambicję”…

– Ja nie zapłacę nawet grosza więcej – powiedział pan z pary numer dwa. 

– My też nie będziemy więcej za nikogo dopłacać – odezwał się honorowo pan z pary numer jeden…

Tym sposobem nasi rodacy rozpoczęli ożywiony dyskus, który miał im nawzajem udowodnić kto komu jest winny dwa, a kto komu jedno Euro – za wczorajsze i przedwczorajsze zakupy. Kto za kogo zmywał, kto gotował, a kto tak jak my przyszedł sobie na gotowe i „nie chce za nic płacić”. Słuchaliśmy tego dobre dwie minuty nadal nie zabierając żadnego głosu. Wreszcie zgodnie poszliśmy na dziób sączyć w spokoju zimne piwo, patrząc znów po sobie i niedowierzając co tu się odpierdala. Na szczęście kapitan zakończył ten wysublimowany spór. Myślę, że nie pomogło nikomu to, że rozstrzygnięcie było na naszą korzyść i ostatecznie nasza składka dotyczyła 8 dni. W powietrzu zaczął tlić się mało wyczuwalny nosem, acz widoczny niemal gołym okiem subtelny kwas. Przyszłość pokazała, że ten kwas to był tylko przedsmak tego do czego człowiek może się posunąć, kiedy toczy go poczucie krzywdy o zapłacone niesprawiedliwie za kogoś może dwa Euro. 

Gdy często nie wiadomo o co chodzi to niemal zawsze chodzi o pieniądze… Ewentualnie o seks. Nawet nie przypuszczacie jak niewiele minie czasu, kiedy ta stara życiowa prawda zacznie nam dawać się porządnie we znaki na tym rejsie.

…to be continued…

Dodaj komentarz