24 grudnia 2020

Ostatnio zrozumiałem, że w relacjach z ludźmi najbardziej irytuje mnie, gdy ktoś omyłkowo bierze mnie za swojego lokaja. Nie ma tu znaczenia czy tym kimś na drodze mego protestu będzie osoba o fizis Claudii Schiffer, seksownej gwiazdy porno, która zaprasza mnie do swojej garderoby, staruszki proszącej o podanie szklanki ze sztuczną szczęką lub mojej przyszłej byłej żony. Ma inteligencka dusza nie odnajduje się zupełnie w trudnych proletariackich warunkach spełniania czyichś jakichkolwiek fanaberii. W mym ciele rodzi się napięcie, które w reakcji na ten typ stresu eksploduje artykułowanym wszem i wobec głośnym sprzeciwem. Zadziwiające, że wkurwiam nim ludzi niezależnie od płci oraz wieku niezmiennie na bieżąco, tak jak leci. Należy zauważyć, że we wszystkich pozostałych kontaktach ze mną wkurwiam ludzi już jedynie dorywczo. Wygląda na to, że bunt przed byciem czyimś pomagierem i obrona dumnej pozycji inteligenta-nieroba, który ma niezawisły wstręt do pracy fizycznej jest silniejszy ode mnie. Bo z inteligencją jest przecież jak z erekcją – jak masz to widać.

W tym kontekście nieustannie myślę o tych wszystkich bardzo romantycznych i śliniących się do siebie ludziach umówionych na bycie ze sobą w duecie. Zastanawia mnie czy każdy uczestnik tego wariactwa otępiały magią chwili jest przekonany, że ten drugi typ to właśnie ten na którego przeczekał całe życie by go spotkać. Myślę o tym być może dlatego, że podświadomie tęskno mi za romantyczną i bajkową relacją wgraną sobie jako naiwne marzenie jakieś sto lat temu do dziewiczego niegdyś mózgu nastolatka zgwałconego lekturą Goethego. Niestety zauważam, że pomimo lat starań i poszukiwań coś, co niczym śmierć ponoć tylko raz nam się w życiu porządnie przytrafia albo spierdoliło na mój widok na dobre jeszcze przed spotkaniem, albo nigdy nie istniało. Inaczej nie potrafię wytłumaczyć sobie jak to możliwe, że jeszcze tego sacrum koncepcyjnego z czasów liceum nigdzie nie namierzyłem. Kobiety, które wpuszczałem do mego świata były mną zazwyczaj prędzej czy później rozczarowane. Rozmaczały się łzami w reakcji na to jaki jestem nie po ich myśli w mej formie i w mych uczynkach. Szybko wypełniały się po korek absurdalnymi oczekiwaniami, masturbowały mym niedostosowaniem do nich i obwiniały brakiem wsparcia w tachaniu ich niewyszukanych gratów. Aranżowane strategie zrzędzenia o braku mej współpracy, uciszania mnie i upupienia nie były niczym innym jak zamachem na mą indywidualność. Mechanizm rozpierduchy egzystencjalnej jako docelowy efekt osiągany był nader szybko, a w końcowej fazie relacji doprowadzany do perfekcji. Absurd stworzonych sytuacji prawie zawsze skłaniał mnie do pośpiesznego salwowania się od nich ucieczką. Bieg na oślep w stronę odpoczynku po tych wojennych doświadczeniach był mi potem niezbędny niemal na równi z potrzebą leczniczej terapii. Pomijam w tej opowieści być może kluczowy fakt. Od dziecka mój bunt w reakcji na świat, który ode mnie czegoś chciał wykształcił u mnie nawyk lubienia bycia złym przykładem. Nie wykluczam dziś, że miłość mego życia ma tego świadomość i w ten sposób nie chce tracić na mnie swego czasu. Może to dlatego związki po grób oparte na wspólnym zasilaniu się ślinotokiem przytrafiały mi się jedynie na bardzo krótko. Gdy tylko hormony podniecenia ustępowały nachodziła mnie nadzieja, że po śmierci raczej nie odczuwasz obrzydzenia do siebie po tym co jeszcze niedawno ochoczo robiłeś. Zastanawia mnie czy dziś zabawa w szukanie miłosnego ideału oferowanego w pakiecie z orgazmem fizycznym i intelektualnym, zakrapianego kosmiczną inteligencją to ciągle coś co może być w moim zasięgu? 

Ostatnio bardziej prześladuje mnie pragmatyczna refleksja, że związek to swoiste uwiązanie, nachalna upierdliwość i przymus robienia wspólnie czegoś, czego nie zrobiłbyś nawet po pijaku i to solo, a co dopiero w parze, na trzeźwo lub specjalnie dla kogoś. Aby się przełamać trzeba sporo oddać siebie. Przy tym nie ma najmniejszej pewności czy w zamian dostaniesz cokolwiek z tego czego akurat potrzebujesz. Z wątpliwą pomocą przychodzi nam nowoczesny świat. Idący na skróty już dawno olali romantyczne pierdy niespełnionych onanistów sprzed wieków i ich uwiecznione w antykwariatach fetysze trzymania się za ręce na dziesiątej randce. Dzisiejsza rzeczywistość to świat błyskawicznych decyzji opartych na bazie soczystych fotek i wymownych trzyliterowych skrótów z portali randkowych. Świat, który dopuszcza wszystko co tylko może ci przyjść do głowy przy założeniu, że nie jesteś bardziej zboczony niż ten kogo odnajdujesz z pomocą aplikacji w telefonie. W ten sposób dziś ruchanie to wzajemna usługa barterowa niezbędna do realizacji zwierzęcych potrzeb, które trudno jest nam załatwić na własną rękę. W tym świecie ja czuję znaczną niewygodę. Nie pasuję ani do pruderii XIX wieku ani do pierdolca XXI. Paradoksalnie moje wszystkie relacje z piekłem kobiet spuentował zawsze ten sam grobowy status: „to skomplikowane”. Statusy „przyjaciele na zawsze”, „przyjaciele bez korzyści” lub „przyjaciele czasami” ostatecznie i po negocjacjach nie leżały nawet przez chwilę na naszym stole. Kto w moim wieku myśli jeszcze o jakichś korzyściach? Z byciem z kimś parą jest jak z mieszkaniem pod jednym dachem z upierdliwym kocurem. Masz sierściucha co to taki niby piękny i mądry, ale jak przychodzi co do czego i chcesz zrobić wypad solo to nie masz komu go zostawiać ani na tydzień, ani nawet na parę dni… Zostawiony bez opieki sierściuch w odwecie zrobi ci demolkę w domu i w głowie. O powrocie bez nerwów nie może być wtedy mowy. A przecież ja stosunkowo często dokądś latam. Do tego kociak ma swoje chimery i potrafi być porządnie uciążliwy dla siebie samego i całego świata. Na to trzeba mieć zdrowe nerwy aby nie chcieć go zdeponować na dobre przy najbliższym drzewie…

Ludzie, którzy nie potrzebują innych ludzi, potrzebują innych ludzi, by im okazywać, że są ludźmi, którzy nie potrzebują innych ludzi. Przypomniał mi się ten tekst całkiem niedawno w wyniku przeróżnych eksperymentów myślowych dokonywanych własnemu sobie na wspomnienie rozpaczliwych interakcji z innymi. W takich chwilach jedyne co sobie coraz częściej uświadamiam to brak przeróżnych na cokolwiek większych u mnie chęci. A może dlatego, że sam ponoć jestem typem bombastycznym spotykam na mej drodze inne typy bombastyczne zgodnie z zasadą, że podobne przyciąga podobne. Zadziwiające jak szybko okazuje się, że te spotkania nie mają najmniejszej szansy dłuższego powodzenia. Szczególnie wtedy, gdy nasze granice wytrzymałości są bardzo niedaleko, a naruszyć je może absolutnie wszystko i obiektywnie bardzo niewiele zarazem. Ostatnio gdzieś przykuł mój wzrok tekst wyraźnie poszukującej kobiety, która ogłasza na fejsie, że „nie zamierza tracić czasu na kogoś kto ma pokitraną psychikę przez inną kobietę”. Może to dziwne, ale instynktownie pomyślałem, że jej apel o „takiego”, a nie innego samca może być skierowany też do mnie. Na szczęście była na tyle brzydka bym na pewno nie był nią zainteresowany nawet po pijaku. 

Tymczasem ja czuję się dziś doskonale. Pomimo kilku prób nikt nie zjebał mi jeszcze nastroju. Jestem w topowej formie i udało mi się od rana prawie wszystko wyprzeć we własnym zakresie i to za darmo…

3 myśli na temat “24 grudnia 2020

Dodaj komentarz