7 listopada 2020

Pozdrowienia z pokładu samolotu zmierzającego ku ciepełku. Nieprzerwanie żyję w dobrym zdrowiu i cieszę się, że nie mam pluskiew w domu, syfilisu ani aidsa… no i nie ma czołgów na ulicach… To wszystko czego nie ma napawa mnie niezmiennym optymizmem. To wszystko co jest, przypomina klimat spalonego tłuszczu, który jest na tyle uporczywy, że lepiej jest otworzyć wino niż się nim martwić, a najlepiej jest gdzieś wyjechać by ten klimat zmienić.

„Znów widzieli ją z jakimś chłopem, znów wyjechała do Saint-Tropez, znów męczyła się, Boże drogi, znów na jachtach myła podłogi…” nucę sobie ostatnio tę piosenkę o dziewczynie kiepskiego prowadzenia się, a potem łapię się na tym, że może ja też mam w sobie coś z bohaterki „Baranka”. Znów poleciałem na Majorkę. Znów włóczyłem się Boże drogi. Znów na jachcie… 

Ostatnio słyszałem, że skoro tak non-stop latam to muszę przed czymś uciekać albo na pewno mam kryzys wieku średniego. A być może mam jedno i drugie. Nie zmienia to faktu, że codziennie jestem rzeczywiście coraz starszy. Pocieszające, że przestanę się tak nieustannie starzeć dopiero w dniu, w którym umrę. Podobno starość zaczyna się, gdy wyciągasz baterie z wibratora i przekładasz je do ciśnieniomierza. Oczywiście u faceta takiego jak ja ona raczej nie zacznie się od wibratora. Dla mnie starość to popadanie w świat lęków i fobii wyniesionych jeszcze z dzieciństwa. Takich aktywowanych z powodzeniem nawet kilkadziesiąt lat później w dorosłym życiu, wpływających na wszelkie ważne i nieważne decyzje. Przykładowo większość moich znajomych decyduje się odłożyć plany podróżnicze „na potem”. Tylko co, jeśli nie będzie w „potem” nic ciekawego? Co, jeśli kolejna odmiana wirusa, jak złowieszczo przewidują internetowe memy, będzie się w „potem” objawiać permanentnym sraniem? To, gdzie my „potem” polecimy? W pampersie na tyłku? Z moich obserwacji wynika, że dobrą praktyką służącą przetrwaniu najbardziej odważnych jednostek może być zamykanie się w domu i namiętne oglądanie wiadomości. Zaleca się tak robić wszystkim w trosce o ich bardzo wartościowe życie, które uzbierało na tyle dużo kapuchy, że teraz szkoda by to było zostawić dzieciom na zmarnowanie. Wirus to doskonały powód by swoje lęki utulić i zaopiekować się nimi. By pozwolić im rozkwitać i rosnąć, by dać im nad sobą kontrolę.

To również przez te lęki przed złapaniem wirusa śmierci napotykamy w naszym świecie na coraz to nowe upierdliwości w przemieszczaniu się. Piętno dżumy widoczne jest już dziś niemal wszędzie. Niestety teraz, żeby dokądś sensownie dolecieć z Polski trzeba przelecieć przez Niemcy i tam się dalej przesiadać. Nasz kraj, na wieść o hiszpańskiej biedzie, zerwał niedawno wszelkie stosunki lotnicze z Majorką. Za to Niemcy – kraj powojennej pokuty, naród w nieustającym wyparciu swych nie-niemieckich grzechów, zakątek smutku i nadmiaru Euro, Majorkę traktuje jak swój siedemnasty land. Na nieszczęście dla Hiszpanów dziadek Führer tylko omyłkowo, przez wojenne roztargnienie nie zdążył tej wyspy wcielić oficjalnie i na sztywno do Rzeszy i tym samym całkowicie jej sobie podporządkować.

Dzisiejsze Niemcy to kraj strachu. Paradoksalnie gdybym teraz zwariował i nabrał nagle dzikiej chęci zatrzymania się u naszych sąsiadów na dłużej, musiałbym wylegitymować się negatywnym testem na obecność w sobie słynnego bakcyla. Obserwując od lat atrakcyjność tego kraju myślę, że mało komu takie szaleństwo jest w stanie zaświecić w głowie jako pomysł na najbliższe życie. Dlatego tym bardziej mnie dziwi co i rusz pytanie pań z Lufthansy na pokładzie samolotu tranzytowego z Warszawy do Palmy przez Frankfurt czy ktoś z pasażerów zostaje w Niemczech? „Nobody…? Really…?”. Namawiają, namawiają i nie namówili. 

Kolejne zjawisko antropologiczne czeka mnie dopiero gdy suchą stopą wchodzę na to do niedawna największe lotnisko w Republice. W dzisiejszej odsłonie jest to z całą pewnością lotnisko w trakcie porządnego wietrzenia tudzież nowy dom dla frankfurckich upiorów z czasów wojny. Nie wiedzieć czemu, ale na wieść o mym przybyciu praktycznie cały dumny niemiecki naród wziął się na sposób by oby nie umrzeć od moich zarazków i postanowił grupowo zostać w domu. Nadając z pobliskiego bunkra lokalni dobrzy ludzie raczą za to przybyszów co i rusz nowym patriotycznym rozkazem nagłaśnianym przez niemiecki megafon. Wiadomości od ich dowódców są przekazywane nam podróżnym w czasie niemal rzeczywistym. Szczególnie jedna depesza utkwiła mi nieźle w pamięci: „Niemiecki minister zdrowia prosi cię o natychmiastowe założenie maski”. Istny majstersztyk namowy.

Trudno posłucham tego ministra. Posiedzę w masce i poczekam na kolejny samolot. Nie jestem pewien jak to działa, ale spotykam tu kilku zabłąkanych Azjatów, którzy słowa niemieckiego ministra zrozumieli jeszcze zupełnie inaczej niż ja. Mają na sobie nie tylko maski, ale też stroje pasujące na imprezę Halloween. Pech chce, że Lufthansa usadza mnie w samolocie w tym samym rzędzie co dwóch podróżników z Wuhan. Tym sposobem siedzę pośród osobników uzbrojonych po zęby w białe kombinezony zarąbane prosto z demobilu koło bazy NASA. Najbardziej mnie przeraża, że na pokładzie samolotu robi się gorąco, a ja wyjątkowo nie mam ochoty na akcje pomocy typu „niemiecki minister zdrowia prosi, aby pan zrobił swym towarzyszom reanimację metodą usta-usta bo właśnie trochę im się umiera z braku tlenu”. Dlatego korzystając z chwili nieuwagi seksownej-inaczej Frau Helgi zmieniam pospiesznie towarzystwo na bardziej pasujące do mojego kręgu kulturowego. Tym sposobem przemieszczam się cały i zdrów na z góry upatrzone, bezpieczne i puste pozycje. Z nowego miejsca z zapartym tchem przygotowuję się do obserwacji potencjalnej akcji ratunkowej.

Kiedy tak siedzę w samolocie nawet jeszcze nie przypuszczam, że wszystko co było interesujące na tym tripie praktycznie już się mi właśnie przydarzyło. W tamtym momencie jeszcze nie mogę wiedzieć, że przez najbliższe dni nie tylko spotka mnie rozczarowanie żeglowaniem i swoisty rodzaj nudy, ale przede wszystkim kolejne rozczarowanie ludźmi.

Miał to być fascynujący rejs, spotkania z delfinami, nowi włóczykije napotkani gdzieś po drodze. Liczyłem na spędzenie trochę życia żeglując po ciepłym morzu przeplatając je porannym bieganiem po słońcu, a wieczorem nastawiałem się na hiszpańskie wino i na śpiew. Wyobraziłem sobie piekło żeglarza, o którym nieustannie marzę będąc w ponurej od polskości Polsce. I cieszyłem się, że to wszystko będzie mi pisane przeżyć już za chwilę na rejsie po Balearach. 

Niestety przez cały tydzień nie spotkałem upragnionej przeze mnie zasilającej energii. Pomimo kilku nowych fajnych znajomości spotkałem na środku Morza Śródziemnego stare schematy spakowane przez naszych ludzi pospiesznie do plecaka i zabrane na naszą żaglówkę. Wszystkie kupione gdzieś po taniości na ryneczku w pobliskim piekiełku polskich kompleksów. Otarłem się o pokłady bezzasadnej złośliwości i trudnej do ukrycia frustracji na świat. Jako naoczny świadek doświadczałem ich paradoksalnie pod banderą otwartości, której mi najbardziej brakowało. Jak zawsze były nowe twarze, nowe doświadczenia i sporo nowych refleksji, które poczekam by je spisać jak tylko przepłyną przeze mnie wciąż żywe emocje urodzone na tym rejsie. Na końcu muszę przyznać, że ta wyprawa trafi najprawdopodobniej do szufladki „jednak strata czasu”. Jestem pewien, że dzięki temu doświadczeniu znów przegrzałem mój system wewnętrznych granic by zrozumieć czego więcej doświadczać nie potrzebuję. Zrozumiałem też, że oto kończy mi się kolejna przestrzeń – tym razem na ludzi humorzastych, marudzących, stękających, na przeciętną organizację czasu, na brak planu, na niedostatek życiowego luzu i na cudze spięte pośladki. Ja już chcę pływać po morzach samodzielnie. Chyba już czas najwyższy się wreszcie doszkolić i samemu stanąć za sterem…

3 myśli na temat “7 listopada 2020

  1. Smialam sie na glos czytajac ten wpis. Potrzebowalam tego. Dziekuje. A tak na marginesie jaki Kraj polecasz na swieta BN no I dalej luty? 😊

    1. Chyba tylko Turcja nie wymaga testów… Mnie chodzi po głowie jeszcze Egipt… Aby było gdzieś ciepło i słońce 🙂

Dodaj komentarz