30 października 2020

Udało mi się zdobyć bilet na upragniony azyl tuż pod słońcem Portugalii. Udaję się do niego tkwiąc na pokładzie irlandzkiej tuby. Okazuje się, że największą zaletą tego lotu nie jest brak przesiadek, ale bardziej to, że pomimo pandemii strachu to coś w ogóle dokądś leci. Jestem zamknięty w morowym powietrzu o zapachu starej smażalni. Mimo to siedzę w niej relaksacyjnie myśląc o niedalekiej przyszłości. Nie rusza mnie, że jestem w bezpośredniej bliskości zaledwie kilkunastu centymetrów od obcych typów podejrzanych o nielegalne posiadanie pieprzyka na cycku oraz wirusa dżumy typu kiła-19. Na wszelki wypadek każdy z pasażerów ma obowiązek prezentować swą twarz tylko w górnej połowie. Pozostała jej część ma do końca lotu zakrywać kusa i tajemnicza maska. Tylko tak wystrojeni w świecie lotnictwa dostajemy gwarancję, że niczyj wirus nas podczas lotu nie dotknie. Przy okazji żaden mój wirus nie dotknie też świata. Zadziwiające, że ponoć szansa, że cokolwiek mnie gdzieś dotknie jest tym mniejsza im więcej zamówię picia lub żarła na pokładzie tej obskurnej fruwającej tancbudy. Kiedy jem lub piję maska ochronna staje się całkowicie zbędna. Zdaniem wirusologów z Ryanair pochłaniając coś odstraszasz wirusy i jesteś całkowicie bezpieczny. Całe życie przeczuwałem, że piekło abstynencji mi nie grozi, a wręcz jest dla mnie zbawienne. Teraz już jestem o tym niemal przekonany. W takich chwilach jak lot chyba nie ma gorszego momentu na odwyk. Ostatecznie na pewno się domyślacie, że mając do wyboru zadumę nad tym czym cuchnie ma noszona od miesięcy maska lub jak smakuje hiszpańskie wino, zawsze wybiorę smak wina… Czy życie nie jest jednak niesamowicie proste i piękne?

Jednak nie jest różowo do końca… Przyglądam się przez chwilę obsłudze lotu i z miejsca nasuwa mi się druzgocący wniosek. Faceci nie nadają się do tej ciężkiej pokładowej roboty. Są znacznie gorsi niż latające w ich drużynie panie z Rumunii. Mam wrażenie, że ci meni są jakoś szczególnie durnowaci i mało kumaci w te klocki. Czekając pokornie na dostarczenie mi wina jestem zmuszony oglądać typów co nie noszą mini, mają nieatrakcyjne tyłki i wyglądają dziwnie nawet jak na samców… W takich chwilach zgadzam się z poglądem, że prawdziwa tragedia to przystojny facet, ale głupi i bez poczucia humoru. Na szczęście ja mam całkowicie odwrotnie. Nie jestem ani trochę przystojny, ani trochę głupi, a brak poczucia humoru nadrabiam uśmiechem, który na wszelki wypadek rzadko chowam do kieszeni. Kiedy byłem młodym pędrakiem pamiętam jak wiele wydawało mi się, ile ja to wiem o życiu. Wtedy skupiałem się na nieustannym poszukiwaniu czegoś, co na moje ówczesne standardy mogło być nowością lub szaloną dzikością. Jako że pół życia byłem raczej spłukany chciałem by to coś poza szaleństwem było też tanie, ale bez obciachu – więc miało wyglądać na drogie. Ten kurs życiowej naiwności z sukcesem poprowadził mnie nie raz w kierunku alkoholizmu a kilka razy bezsensownego seksoholizmu. Pechowo na końcu tamtej drogi czekały mnie ramiona mojej pierwszej byłej żony. Wyjątkowo pasowała ona do mych kryteriów poznawczych ściągniętych niemal w całości z atmosfery życiowej ekstrawagancji pokazywanej w serialu „Cudowne lata”. Niestety ta żona po latach okazała się być ani trochę nie szalona, nie dzika, w utrzymaniu droga, a nasze małżeństwo pomimo sporych wkładów gotówkowych wyglądało z dnia na dzień na coraz tańsze. Wtedy zrozumiałem, że to już najwyższy czas by ten kurs zmienić.

Wbrew temu na co liczyłem, mimo że od tej zmiany minął cały szmat czasu, zmieniło się u mnie nie aż tak wiele jak chciałem. Jestem dziś prawie pewien, że wiem o całe niebo mniej niż byłem przekonany, że wiedziałem kilkanaście lat temu. Niestety zmiana kursu przyniosła mi kolejne rozczarowania. Eksperymenty w postaci przeżywania co i rusz czegoś nowego doprowadziły mnie na skraj dalekich peryferii światopoglądowych oraz rewirów, do których już jako dziecko nigdy nie myślałem, że będę chciał się zapuszczać. Jedyne co z czasem osiągnąłem to leciwość, kolejne wątpliwe doświadczenia i jako taki niestraszący wciąż wygląd. Niespodziewanie wkoło mnie zaczęły pojawiać się skutki uboczne upływającego czasu. Nie tylko zacząłem czuć się tak sobie we własnej prywatnej skórze, ale najwyraźniej zacząłem wysyłać jakieś sygnały, które działają na kobiety w sposób dla mnie mało zrozumiały. Zacząłem się otaczać podstępną troską i przymusowymi chęciami zaopiekowania się mną pod pretekstem niezbędnej mi pomocy. Odkryłem też niepokojące zjawisko polegające na tym, że obce kobiety na mój widok usiłują przejąć kontrolę nad moim przebodźcowanym mózgiem, chcą wyznaczać treningi memu sflaczałemu fizis i roztaczać niemal matczyną opiekę nad resztką pozostałego mi życia… Zdałem sobie sprawę, że staję się coraz bardziej zdezorientowany. Oczywiście mimochodem bez przerwy kolekcjonuję co i rusz nowe porady na me życie. W ten oto sposób przez ostatni miesiąc dowiedziałem się wielu ciekawostek co powinienem ze sobą czym prędzej zrobić by się naprawić i ogarnąć. 

Pomijając odwieczne namowy na klub AA lub terapię trafiają mi się też istne perełki. Jedna z ciekawszych to taka, że powinienem niezwłocznie przeprowadzić na sobie wazektomię – a to dlatego, że posiadam dzieci. To trochę tak jakbym usłyszał, że z uwagi na to, że mam swojego własnego bloga powinienem sobie zrobić lobotomię. Bo w sumie to dlaczego nie?

Inne odkrycia pochodzą prosto od moich najbliższych i objawiają się prezentem w postaci dobrotliwych wymiocin na mój temat. Otóż, mimo że nie mam terminu przydatności do życia, ani ważności użytkowania, od własnego ojca dowiedziałem się, że „zepsuły mnie moje własne pieniądze”. Nikt nie wie, jak mogło się tak stać, bo według ojca „byłem wychowywany przez [w domyśle świętą] matkę, po konsultacjach [w domyśle telefonicznych] z ojcem”. W każdym razie w obliczu sakrum i perfekcji mojego nienagannego wychowania nikt w rodzinie nie wie jaka może być przyczyna tego, że mam „obłęd wędrowniczy” i że „do reszty zgłupiałem”. 

W takich chwilach trapi mnie myśl czy JA to może jakiś niedokończony lub zaprzepaszczony projekt mych niedojrzałych stwórców? Znane są przecież przypadki, kiedy czasem coś samo ożywa i staje się autonomiczne. I wcale nie myślę tu o penisie ani o filmach z Terminatorem. Ewidentnie mam za dużo plemników, za dobrą wątrobę, wadę słuchu, asertywność, jaja, zbyt ładny uśmiech i za wiele pomysłów na nie-zjebanie tej inkarnacji. O dziwo samodzielnie potrafię sprawnie funkcjonować nawet wbrew zapędom rzeszy ludzi nieumiejących zaszufladkować mnie w swych zwojach mózgowych. Ich potrzeba nieustannej mnie dekompozycji kłóci się co i rusz z moją potrzebą wsadzenia ich opinii na mój temat w ich własne grube dupska.

Jako istota odczuwająca, z naturalnych przyczyn na wieść o moim ewentualnym niedorobieniu na tej planecie pojawia się we mnie ni mniej, ni więcej smutek. I to nie taki, który bym chętnie zapił, ale bardziej taki, który bym czym prędzej skasował i to raz na zawsze. Nawet jeśli nie jestem nikim ważnym w tej życiowej układance, potrzebuję być wersją mnie, która zbliża się do tego co mi w życiu najbardziej odpowiada. Wbrew kolejnym ocenom, werdyktom i oczekiwaniom zamykam oczy i zmierzam w stronę siebie.

Pochwalę się jeszcze na koniec, że pomimo przeświadczenia o mej niezwykłej indywidualności nieustannie spotykają mnie sprowadzające mnie na ziemie ciekawostki zasłyszane od kobiet. Ostatnio od jednej z nich dowiedziałem, że żaden facet nie jest wyjątkowy. Są nas tylko dwa typy mężczyzn – tacy co srają rano i tacy co robią to wieczorem. Według niej tylko tym faceci się różnią. Opiera ona swą wysublimowaną tezę na światopoglądzie wgranym na sztywno od swej steranej szczęśliwymi małżeństwami matki. Kiedy myślę o druzgocącej głębi tych naszych męskich różnic jestem pewien, że facet, który ma w sobie nieco więcej ekspresji do zaoferowania światu, niż wydalanie może okazać się nie lada trudnym orzechem do zgryzienia oraz sporym zaskoczeniem dla kobiety o dobrze ugruntowanym doświadczeniu z alkowy. W takich właśnie wypadkach mogę mieć problemy by się gdzieś ze swoją skromną osobą komuś w życie wkomponować. Niejedna dama na mój widok może przecierać oczy ze zdumienia, że u mnie nie tylko o sranie w życiu się rozchodzi.

A może sami jesteśmy sobie winni? Bo czy my faceci w jakikolwiek sposób jesteśmy lepsi w naszym prostolinijnym szufladkowaniu niewinnych niewiast? Perspektywa mężczyzn bywa czasem jeszcze prostsza i funkcjonuje bez nadmiernych komplikacji. W końcu są również dwa rodzaje kobiet: ruchable i nie-ruchable. U nas też większość spraw kręci się wkoło banału ciała, wokół którego nie istnieje żadna mi znana otchłań magicznej głębi. 

Łączy nas wszystkich wysublimowany znak naszych czasów. Animalizm, prymitywizm, bezsens… Wśród takich rozważań znalezienie miłości życia może mi już do końca życia szczególnie nie zagrażać. Na cześć tej tezy podnoszę w górę kufel z portugalskim winem i piję zdrowie pięknych pań, które może jeszcze przyjdą… a potem udam się do toalety.

10 myśli na temat “30 października 2020

  1. Tak czytając te wpisy dochodzę do wniosku że masz kompleksy na własnym punkcie z którymi zaczynasz sobie nie radzić… i przykrywasz je ” niby-uśmiechem”… Ja zaczęłam wizualizować i medytować z Klaudią P. I zaczęły się dziać różne pozytywne rzeczy w moim życiu bez opluwania całego świata na forum:) polecam gorąco UBUNTU

    1. Dziękuję za kolejne bezcenne świadectwo na mój temat. Z przyjemnością zasilę nim mą bazę wyszukanych rad na ma życie 🙂

  2. Mała korekta: ani trochę szalona…
    ani trochę dzika…
    Frustracja i samotność- to daje się wyczytać z tego tekstu… Mam wrażenie, że stoisz w miejscu.

    1. Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż blogerowi wejść do królestwa niebieskiego… Amen

  3. „W takich chwilach zgadzam się z poglądem, że prawdziwa tragedia to przystojny facet, ale głupi i bez poczucia humoru” – oj w punkt 🙂 Ja też się zgadzam!!! pozdrawiam

Dodaj komentarz