28 października 2020

Pozdrowienia z Polski – z kraju przekwitającej zadymy na koncertowym PMSie, z miejsca zatrutego ostrym cieniem mgły, tego samego, gdzie każdy Twój ból jest większy niż Kazika, z zadupia nieustannie innego niż wszystkie, takiego w którym przegięli już wszyscy. To niezwykły zakątek. Niczym własne zdeformowane dziecko, można już go tylko pokochać albo trzeba od niego czym prędzej spierdalać, póki jest jeszcze czas. Dlatego dziś dla odmiany zamiast z Azji Południowo-Wschodniej ślę wszystkim słodkie całuski z tego niesamowitego domu wariatów. Niestety sam nie pamiętam jak się tu znalazłem. Nie tylko nie rozumiem co tu się ostatnio odpierdala, ale też z całą stanowczością nie polecam osiedlania się tu na dłużej. Nie polecam Wam ani piekła kobiet, ani piekła ich mężczyzn. A najmniej polecam Wam piekło kierowców. Kultywowane codziennie po zmroku piekło blokad jest zaprowadzane przez z pozoru spokojne kobiety, które pod wpływem wiadomości telewizyjnych zamieniają się w niewyżyte bestie. Podczas gdy cała Polska zagryza wargi co będzie dalej, ja zastanawiam się czy wypuszczą mnie z tego wariatkowa na przepustkę i czy już w najbliższy piątek uda mi się znaleźć tymczasowy azyl w słoneczniej Portugalii.

Hunter S. Thompson nim strzelił sobie w łeb zostawił nam super radę na dobre i spokojne życie. Brzmiała ona tak: “Śpij do późna, baw się dobrze, szalej, pij whisky i zapierniczaj po pustych ulicach, nie mając w głowie nic poza zakochiwaniem się i niedaniem się aresztować.” Idąc za tą radą wymyśliłem koło szesnastej, że pojadę po ryby na pobliski targ. Aby się tam dostać potrzebuję zwykle jechać nie więcej niż siedem minut autem. Jadąc po podejrzanie pustych ulicach dotarłem na miejsce w niecałe sześć. Kiedy uradowany wracałem już z torbą ciężką od pstrąga, halibuta i karmazyna ku mojemu ogromnemu zdziwieniu puste ulice nagle zrobiły się zupełnie nie puste. Nie mając w głowie nic lepszego jak zakochiwanie się, ze zdziwieniem stwierdziłem, że za chwilę rzeczywiście będę jeszcze musiał zrobić wszystko, żeby nie dać się aresztować. Najgorzej to jest czasem znaleźć się w niewłaściwym miejscu i w złym czasie. I ja właśnie w takim miejscu się najwyraźniej znalazłem. Nie wiedziałem, że w Polsce można stracić życie od zwykłego udania się po ryby na targ. Wiedziałem za to jedno – moja droga ewentualnej ucieczki została właśnie odcięta przez protestujące kobiety, policję i raczej nie uda mi się dziś wrócić do domu przez żadne z najbliższych siedmiu minut. Do tego nici z mego planu by zjeść sobie w spokoju zakupione rybki. Tego popołudnia nie przypuszczałem nawet ani przez sekundę, że stojąc ponad godzinę w korku, otoczony kordonem policji, tak naprawdę pasywnie walczyłem o wyzwolenie macic setek dumnych i płodnych Polek spod rządów PiS. Cały tłum skandował coś o wolności, jebaniu Jarka i wypierdalaniu. W takich chwilach myślę, że każda wolność formuje się kosztem czyjejś nie-wolności. Bo ja w tym staniu w miejscu nie byłem ani trochę bardziej wolny niż byłem jeszcze chwilę wcześniej. Podczas gdy moje auto, a w nim ja, ulegliśmy niemal całkowitemu zniewoleniu, moim oczom ukazywał się coraz to większy tłum co by tu nie powiedzieć – mocno nienaturalnie wkurwionych niewiast. Zagadkowo to wyglądało. Dla mnie, konesera i praktyka życia, który widział już w życiu niejedno, ich rzekome wkurwienie było jakieś takie średnio kobiece. Potrafię to dobrze rozpoznawać, bo przecież jestem rzekomym mistrzem we wkurwianiu wszystkich moich byłych i przyszłych partnerek. Te, które widziałem to były w przeważającej większości młode dziewczyny. Wszystkie szły dumnym, wojennym krokiem. Jako swój oręż niosły zadrukowaną kartkę wielkości A4 z czerwonymi piorunami skopiowanymi z płyty „Thunderstruck” zespołu AC/DC. Ku mojej uciesze wszystkie one były poubierane na tyle wyzywająco, że przygodny obserwator nie umiałby łatwo odróżnić czy ich horda nie wybiera się akurat ze mną nad rzekę pić wino i się całować, czy może jest dziś dzień wagarowicza…

Podobno jestem mizoginem – to opinia niektórych kobiet na mój temat, z którą się absolutnie nie zgadzam. Ale nie zgadzam się też z brutalną formą robienia przez nie w tym kraju jeszcze większej rozpierduchy niż ta, którą zgotowali nam ostatnimi laty miłościwie przy prezesie rządzący. Bo ja jakoś nie mam serca do takiej formy protestów. Chciałbym poznać prawdziwe statystyki, ile z tych pań poszło w tamtym roku na wybory by wybrać kogoś innego niż przyjaciele kociego królika. Równolegle wnioskuję, aby ustanowić prawo zabraniające protestów wszystkim tym, którzy nie głosują. Kieruje mną prywatne przeświadczenie, że ktoś tych nietwarzowych polityków reprezentujących ten wspaniały kraj zdołał kiedyś wybrać na swych reprezentantów. I wybrali ich zarówno ci wszyscy, którzy na nich głosowali jak i ci, którzy woleli niedzielny słoneczny dzień wyborczy spędzić w parku – mając w dupie demokratyczny obowiązek. Szkoda wielka, że demokracja nie jest dana nam na zawsze. Smuteczek u mnie jest ogromny, że nie jest ona tanią dziwką, która będzie czekać na skinienie zawsze i wszędzie, gdy tylko ktoś zechce ją opłacić. Jest bardziej niestabilną emocjonalnie, piękną i kruchą kobietą. Jeśli tylko raz ktoś odważy się z niej zrobić tanią dziwkę zmiany w jej psychice mogą być potem nieodwracalne.

Tymczasem dziś nie opuszcza mnie zupełnie przeświadczenie, że z braku wszelkich imprez nasz wysublimowany lud znalazł sobie nową rozrywkę – protestowanie. Przecież to nie pierwszy raz. Spadające samoloty, podstępne brzozy i absurdy nad którymi warto co miesiąc odpalać race pokazują jak wyjątkowo lubimy demonstrować nasz bunt. Piknikowy nastrój męskiej energii w żeńskiej formie, którą spotkałem dziś na mojej uliczce został połączony z silną agresją werbalną. W zastępstwie częstowania ludzi kiełbaskami, były krzyki i chamskie hasła zlewające się jak dla mnie w kontrowersyjny i mało spójny przekaz tego, co kobiety być może chciałyby osiągnąć w tym zapyziałym kraju. Jestem za niepodważalną wolnością wszystkich ludzi do decydowania o swoim ciele. Nie żeby charyzmy mi u nich brakowało w tych marszach. Kłopot jest taki, że każda agresja zawsze rodzi nową agresję. Chyba, że cały pic polega jednak na tym, że to nie jest żaden protest, a jedynie jakiś facebookowy performance wyrażony w taki oto zadziorny sposób. Słyszałem już o ludziach co wzięli ślub, bo nie było akurat nic konkretnego w telewizji. Może w tym przypadku telewizji było za wiele, by móc wyżyć się w domu. Oczywiście dopuszczam też, że mogę się nie znać, mylić i być stary.

Podobnie dziwi mnie reakcja władzy. W ripoście tych marszy jedyne co jej przychodzi do głowy to foch i nawoływanie do zachowanie dystansu społecznego. Ewidentnie ta banda nierobów, w źle dobranych płaszczach, nie tylko rżnie głupa, ale do tego raczej nigdy nie pożyczyła nikomu żadnych pieniędzy. Z własnego doświadczenia zapewniam, że taki dystans zaczyna się już od pożyczenia nawet bardzo niewielkich kwot.

Bo czy nie lepiej walczyć o to by zagwarantować sobie niezbywalne prawo do referendum we wszystkich sprawach istotnych, tych dotyczących każdego obywatela? Czy to nie prostsze niż codzienne utarczki z wybraną demokratycznie władzą, która rządzi tak jak wygląda, jak pachnie i tak jak umie…? Kiedy oglądam sobie relację z wielu nocnych spacerów myślę, że mój problem polega na tym, że mam fantastycznie złe pomysły na to co robić wieczorami. Przecież lepiej pójść na miasto, rzucać mięsem, a na końcu móc pochwalić się światu fotorelacją ze swego bardzo bliskiego spotkania z gazem łzawiącym. Na fejmie instagramowego walla wierne grupy wsparcia przyznają za to ochoczo moce dodatkowych lajków.

3 myśli na temat “28 października 2020

Dodaj komentarz