8 września 2020

Dziennik pokładowy. To mój drugi dzień rejsu po Cykladach. Płyniemy katamaranem z Aten do Santorynu. Kapitan wraz z resztą załogi śpią gdzieś pod pokładem jednostki „Lagoon”. Jestem za sterem na nocnej wachcie. W porywach mamy szybkość pięć węzłów, wiatr koło siedmiu. Na horyzoncie jest tylko linia morza, poza nią nie ma nic więcej. Nuda panuje tu taka, że aż boli. Nie licząc zaniemogłych od kaca gwiazdeczek z Polski, towarzyszą mi i oświetlają drogę pradawne gwiazdy, pół księżyca i łopocząca od czasu do czasu szmata grota. Trzymam stały kurs na wyspę Milos – tę na której mieszkała kiedyś kobieta o imieniu Wenus. Jest trzecia w nocy, a moja wachta kończy się już za niecałe trzy godziny. Magia cyfr? Być może… Podziwiam Asię Pajkowską. Poczułem właśnie co to jest samotnie płynąć w nocy na morzu. A co dopiero robić to kilkaset razy pod rząd samotnie. Jeszcze trochę i będę chyba gadać sam do siebie z tych atrakcji tutaj, więc w ramach kompromisu by nie oszaleć i nie zasnąć zdecydowałem popisać bloga. 

Kilka minut temu prawie się ucieszyłem. Liczyłem, że będę mógł coś porobić i zmienić kierunek będąc z jakimś statkiem na kursie kolizyjnym. Ale niestety dupa… Gość za sterami jednostki oznaczonej na moim radarze jako „Unity Discovery” najpewniej złośliwie zrobił korektę pierwszy – i to już dwie mile morskie wcześniej. „No fucking way for mayday today” – chciałoby się powiedzieć. Osowiały, nie mając nic więcej ani do zaoferowania sobą światu, ani do roboty siedzę przypięty szelkami do steru, tak by nigdzie z wrażenia nie wypaść. Gapię się to w radar to w edytor tekstu w telefonie. Oswajam się z morzem, a morze w przeciwieństwie do większości ludzi na tym rejsie toleruje mnie bezwarunkowo. W takich chwilach myślę o tym co mi kiedyś powiedziała jedna wróżka z Kalisza. Myślę o tych wszystkich kobietach, które ponoć skrzywdziłem będąc żeglarzem w dawnych wiekach. Bo ja pływam sporo już od bardzo dawna. Co najmniej od dwóch, a może trzech mych ziemskich inkarnacji. Żeglując przez setki lat rozkochuję tabuny panien szlajając się po portach Italii, Grecji, Hiszpanii i Portugalii. Robię to tylko po to by móc je wszystkie wykorzystać, a potem porzucić. Siedzę i zastanawiam się, ile w tym co ta wróżka mi powiedziała mogło być prawdy. Biorąc pod uwagę to jak naturalnie przychodzą mi dziś takie akcje obawiam się, że jest to prawdopodobne. Tylko jak tu dotrzeć do danych sprzed lat? Kim wtedy byłem? Jak wyglądałem? Gdzie mieszkałem?

Myślę też o wielu innych rzeczach. Może to, że jest tej nocy tak przaśnie nie rozrywkowo sprawia, że jest w tym wszystkim tak wiele dostojeństwa jednocześnie? Już sam fakt, że ani wina ani browara nie mogę teraz pić, bo cytuję „mam w swych rękach życie załogi” jest czymś znamiennym i nietypowym w mym sterniczym doświadczeniu. Zresztą może i dobrze. Słyszałem gdzieś ostatnio, że Keith Richards wciąż żyje tylko dlatego bo często sobie robił regeneracyjne przerwy. Trzeba czerpać wzorce od najlepszych, zwłaszcza gdy jest taka okazja.

Owiewa mnie właśnie ciepły morski wiatr. Nie widać nawet kawałka lądu z żadnej strony Morza Egejskiego. Nie widać też dosłownie nic na radarze. Mam baksztag raz to lewego, raz prawego halsu. Mruczy jeden silnik, ster obsługuje autopilot. Mogę delikatnie korygować kurs, ale nie mam ku temu powodów. „Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie”. Przypomniał mi się ten tekst o prawie gdyż płynie z nami pani prawnik. W razie „W” nie grozi nam, że skończymy w sądzie z jakimś patałachem – obrońcą z urzędu. Jest teraz wręcz mistycznie spokojnie. Nie tylko nikogo już nie ma na kolizyjnym za następny milion mil, ale do tego czuję, że jeszcze bardziej oswajam się z tą szczególną ciszą wkoło mnie. Tak teraz zaciągam i sztacham się nią zachłannie, trochę niczym zapachem i smakiem szyi pewnej kobiety lata temu będąc w niej zakochany. Według wskazań mojego zegarka najszybsze co mnie teraz spotka to poranny brzask o 6:33. A zaraz potem dwadzieścia minut później romantyczny wschód słońca. Bo czy wschód słońca potrafi być w ogóle nie romantyczny? Tym sposobem do najbliższej atrakcji w moim życiu jest jeszcze tylko niecałe dwie godziny. 

Moi pyskaci pomagierzy z wachty śpią o dziwo wszyscy. Podobno wcześniej rzygali cały czas i musieli się położyć. To wygodna wymówka, bo w sumie nie mam się za bardzo do czego przypierdolić. Biorę wszystkie kity jak i życie tak jak leci. Pewnie dlatego rzadko potrafię wejść głębiej w ludzkie idiosynkrazje i czyjeś problemy. Niech sobie śpią. Pozostaje mi jak zwykle samemu wszystko ogarniać. „W życiu możesz liczyć tylko na siebie” jak to mawiał mój guru John Lennon. 

Myślałem początkowo, że zdążyłem zjednać sobie niektórych ludzi z nowo poznanej załogi już wczoraj, w trakcie naszej pierwszej nocnej imprezy na Hydrze. Piliśmy do czwartej, a może piątej rano – po kolei Metaxę, piwo, Metaxę z Colą… Na koniec zakupiłem jakieś podłe lokalne wino o zapachu politury, którego nie dało się pić w ogóle. Dlatego zaczęliśmy je pić szybciej. Ale jednak nie… Z kapitanem mam na pieńku. Uciszał nas kilka razy w nocy i się od tego nie wyspał. Niemiecka łódź przycumowana po sąsiedzku obok nas, tak bardzo polubiła nasz spontaniczny nocny śmiech, że ktoś cisnął nam na pokład zużyty, zeschnięty czerwony tampon. Z kolei nasza żeńska załoga od rana aż do teraz chodzi wkurwiona, gdyż rano nie umyłem jakichś naczyń po wszystkich. Ta najgorsza zbrodnia dopełniła się ponoć po tym jak stwierdziłem, że ja pierdolę tę podniosłą atmosferę zbędnego mi w życiu stresu i poszedłem lekko skacowany na poranną kawę do pobliskiej tawerny. Nawet ci ostatni z którymi do końca wcześniej piłem jacyś wyjątkowo nieprzysiadalni się dziś nagle zrobili. Dobrze, że zabrałem ze sobą na rejs sprawdzonego kompana i zarazem mego przyjaciela zaprawionego ze mną już w niejednej skomplikowanej sytuacji. Podobno, gdy przodownicy kolektywnej pracy i koneserzy czystych naczyń na morzu zorientowali się rano, że mnie, konesera życia nie ma już dawno na pokładzie cała ich poranna „dobroć” skupiła się w odwecie na nim. Nie było wyboru by uszedł z katamaranu bez umycia tych cholernych naczyń. Pozostaje mi się tylko cieszyć, że mnie udało się ujść z życiem i że w tych trudnych warunkach mam do kogo gębę otworzyć. Cały tydzień na tej małej przestrzeni w tym towarzystwie, bez niego to byłaby kaplica.

Zastanawiające jest jak często można teraz spotkać wszystkowiedzące pseudo laski na świecie. Takie „zrobione” u zaprzyjaźnionych upiększaczy estetycznych, chodzących ze zrytą operacjami czaszką, pod którą wyrok na facetów jest przyszykowany. Laski, które za punkt swego honoru przyjmują sobie jak najgłośniejsze tego wyroku publiczne odczytanie. Kole ich, gdy ktoś lubi wszystkich ludzi. Gdy ktoś obserwuje z szelmowskim uśmiechem zarówno tych po przejściach, jak i tych zwartych wewnętrznie w poszukiwaniu gdzieś swego szczęścia. Boli ich, gdy ktoś docenia ludzi bez wytchnienia, nie przebierając. Gdy ktoś docenia zarówno tych, co kastrują wszystkich facetów w gratisie swą wiedzą o życiu, też tych z manierą i pazurem elitarnej mądrości z YouTube zaczerpniętej, a nawet tych bez żadnej mądrości, nieskalanych śladem ziemskiej inteligencji, z prywatną czarną dziurą pustki w głowie. Choć te dziewicze mózgi wyjące za rozumem do księżyca podziwiam najbardziej, wszystkie kobiece anomalie toleruję zawsze na równi. Te o sztucznym, wyuczonym uśmiechu, te z widocznym zębem czasu na ciele nakładką dentystyczną przykrytym oraz te boleśnie puste o IQ wiewiórki. Ja uwielbiam Was dziewczyny wszystkie.

Nie umiem jeszcze tylko jadu Waszego tolerować w nadmiarze. Szkodzi mi on zbyt bardzo. Nie mam zgody na pomiatanie mną, próby dominowania i poniżanie. W pewnych chwilach mówię zawsze pas. Wtedy to i właśnie wtedy, zmieniam o kilka stopni mój dobrotliwy zazwyczaj kurs. Czasem jest tak, że gdy kolizja jest nieunikniona wtedy jasno znaczy, że trzeba ją przeżyć. 

Na koniec specjalnie dla Was sensacyjna w swej prostocie sentencja. Esencja tego co chciałem Wam dziś przekazać. Poniżej cytat mojego przyjaciela spisany „na żywo” w oparciu o interakcje z Wami. Tłem jest pokład nieposprzątanego przez nas facetów katamaranu w trakcie próby przejęcia go przez bandę czyścioszków: „Okruszki nie są najważniejsze w życiu. Czasem lepiej być dobrze wyruchanym.”

6 myśli na temat “8 września 2020

  1. ‚”Owiewa mnie właśnie ciepły morski wiatr. Nie widać nawet kawałka lądu z żadnej strony Morza Egejskiego. Nie widać też dosłownie nic na radarze. Mam baksztag raz to lewego, raz prawego halsu. Mruczy jeden silnik, ster obsługuje autopilot. Mogę delikatnie korygować kurs, ale nie mam ku temu powodów. „Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie”. (…) Jest teraz wręcz mistycznie spokojnie. Nie tylko nikogo już nie ma na kolizyjnym za następny milion mil, ale do tego czuję, że jeszcze bardziej oswajam się z tą szczególną ciszą wkoło mnie. Tak teraz zaciągam i sztacham się nią zachłannie, trochę niczym zapachem i smakiem szyi pewnej kobiety lata temu będąc w niej zakochany. Według wskazań mojego zegarka najszybsze co mnie teraz spotka to poranny brzask o 6:33. A zaraz potem dwadzieścia minut później romantyczny wschód słońca. Bo czy wschód słońca potrafi być w ogóle nie romantyczny? Tym sposobem do najbliższej atrakcji w moim życiu jest jeszcze tylko niecałe dwie godziny”.
    Ładnie, zachęcająco sensualnie … reszta to szum i redundancje. Nie chodzi tylko o Twój tekst, a przede wszystkim o real.

  2. Czytam Twojego bloga od jakiegos czasu. Pomieszanie zaglubionego chlopca, romantyka I skurczybyka. Masz polot I to sie fajnie czyta ale sa tez takie przyziemne I prostackie wejcia, ze zastanawiam sie Kim moglbys byc.
    A Tak na marginesie – Czytam wlansie, ze 90% klotni pomiedzy zonami I mezami sie z powodu robotek domowych. Moze Wiec te twoje towazyszki niedoli, ktore tak bardzo uprzykrzaja Tobie zycie, sa twoimi Zonami I kobietami z poprzednich zyc? 🤷🏼‍♀️

    1. Jestem przeważnie najlepszą wersją mnie… Niestety przyciągam moje przyszłe byłe „mamy”, którym się wydaje, że ich potrzebuję do czegoś. Taka karma 😎

  3. Zmuszona nadmiarem czasu i przykuciem 4 liter do kanapy, pierwszy raz w życiu czytam bloga. Trafiło na Pańskiego – suma wielu przypadków, których podobno nie ma. O ile domyślam się, dlaczego ludzie blogi piszą, o tyle nie rozumiałam, po co inni je czytają. Aż usłyszałam, że to taki „Klan” dla nieco bardziej inteligentnych – bo człowieka zawsze ciekawi życie bliźniego, u którego trawa jest zieleńsza. Poza tym wiele doświadczeń spotyka nas wszystkich, tylko pod innymi postaciami, więc cudze przemyślenia są częściowo naszymi, i tak rodzi się poczucie wspólnoty, jakże potrzebne gatunkowi homo sapiens.
    Nie wiem, czy blogera interesuje, co inni sądzą na temat tego, o czym i jak pisze i w związku z tym jak go oceniają, jako człowieka. Moim zdaniem każdy z nas ma w sobie coś z popierdoleńca, człowieka prawego, menela, świętego etc. Wystarczy tylko otworzyć mu odpowiednie drzwiczki. Nie ocenię zatem Pana jako człowieka.
    Podsumowując jednak ten mój pierwszy raz muszę przyznać, że to ciekawe doświadczenie, siłą rzeczy dzięki Panu, bo to jednak Pańskie „dziecko”. Przyjemnie się wędrowało przez Pański „trawnik”, uśmiałam się nie raz, czasem oburzyłam, wzruszyłam – słowem wywołał Pan we mnie emocje, co w śmietniku zwanym światem wirtualnym nie jest takie oczywiste.
    Życzę wszystkiego dobrego!
    A nawiązując bezpośrednio do tekstu wyżej – racja! oddałabym każdy sprzątnięty przeze mnie okruszek….

Dodaj komentarz