18 maja 2020

Doświadczenie nas uczy, a błędy nas doświadczają. Mnie osobiście najlepiej się błądzi we wszelkich moich relacjach z obcymi ludźmi. Najsmaczniejsze kąski pośród nich to dla mnie związki. Czyli twór, który się formuje, kiedy ja, ktoś i milion oczekiwań dobierzemy się w jedną zwartą jedność. Wtedy na którymś etapie takiej znajomości robi się z tego wielki emocjonalny plac zabaw w którym ja jestem złym wilkiem, a ktoś inny skrzywdzoną księżniczką. Z niewielką pomocą moich przyjaciół, po kilku tysiącach dni prób i setkach błędów pomału, stopniowo zaczynam odkrywać sedno moich relacyjnych problemów. Sam na to nie wpadłem. Ale są tacy, którzy obserwują mnie co jakiś czas i zauważają u mnie nieustający, przeważnie rekurencyjny, delikatny kłopot wewnętrzny. Podobno jest widoczny jak na dłoni i przy pierwszym rzucie we mnie okiem. Rzekomo dzięki niemu inicjują się u mnie też wszystkie kolejne pochodne kłopoty, których z uwagi na małe doświadczenie życiowe do końca jeszcze nie rozgryzłem. Powiedziała mi „ty nie masz granic” – dokładnie pamiętam. Czy ja nie mam granic? A nawet jeśli nie mam to co z tego? Skoro ktoś nie ma własnych granic to przecież ma ciągle granice obiektywne, administracyjne, ustanowione na podstawie traktatów wersalskich, te wyznaczone przez prawo, nietykalność osobistą, przez umowę społeczną i obowiązujące normy. Dowiedziałem się od pewnej kobiety, że brak granic jest moją najdziwniejszą przypadłością, szczególną dewiacją, zboczeniem i przewlekłym defektem mózgu. Jest to podobno u mnie problem większy ode mnie, największy na świecie, nie do obejścia i nie do przeskoczenia. Ponoć to właśnie ten konkretny defekt przyciąga co i rusz ku mnie jakichś szczególnych ludzi. Jest w tym skuteczniejszy niż Nokia w kompetencji connecting people, seksowniejszy od najdzikszego seksu ze mną, jest i fascynujący, i perwersyjny, bo wszystko co dotyczy mnie jest i fascynujące, i perwersyjne zarazem. Ponoć przywołuje to ku mnie ludzi, którzy są zafascynowani tym moim defektem. Takich, którzy patrząc na mnie widzą gdzieś bardziej interesującą wersję siebie, tych żerujących przez to na mnie, ludzi o manierze emocjonalnych wampirów.

Oczywiście moja perspektywa jest niestety inna. Nawet jeśli to prawda co mówią ów mędrcy mój ewentualny brak granic jest najwyżej chwilowy. Wydaje mi się, że przyczyną może być niewłaściwa komunikacja o tym co u mnie słychać. Wynika z niej złudna jedynie zgoda na przeróżne praktyki na moim ustroju, ale raczej zawsze zgoda istnieje jedynie w czyimś jakże subiektywnym odbiorze. Ostatecznie to na co ja pozwalam obcym to iluzja tego, że się na coś im zgadzam. Najczęściej znudzony nimi wysyłam im na odczepkę jakiś sygnał nijaki. Ponoć taki dający im jakieś prawo, żeby mi wejść na głowę – na to podobno bardzo pozwalam. Pech polega na tym, że szybko okazuje się to być jedynie pozorne. Kontrolę, nawet jeśli tracę to zaledwie na chwilę. Zadziwiające jak często i ile razy doświadczam tej niefrasobliwości pod moim adresem. Ktoś na mnie włazi, a za chwilę jest zdziwiony, że mi się to nie podoba, że reaguję agresją, gdy przeszkadza mi, że na mnie wlazł. Może brakuje mi uważności, że tak się dzieję… a może to jakiś niefortunny zbieg okoliczności. Jedno jest pewne – mimo wszystko uczę się i wyciągam wnioski. Mam całą listę rzeczy, na które nadal w moim życiu nie pozwolę. Nie pozwolę, żeby jakakolwiek kobieta, a szczególnie obca pozwalała sobie drzeć na mnie swą niewyparzoną japę, nie pozwolę rzucać jej we mnie butelkami po winie, nie pozwolę by ktoś mnie obrażał za posiadanie swojego zdania, nie pozwolę sobie na naruszenie mojego ciała, kiedy śpię, na rysowanie na nim dla żartu czegoś i nie pozwolę na brak poszanowania mnie. Lista czynności, na które nie daję obcym, nieokrzesanym i pyskatym prawa jest nawet dość długa. Na końcu myślę, że mam wyjątkowego pecha do nowych znajomości. Rzadko trafiają mi się budujące, odkąd skończyłem 30 lat. O dziwo te stare sprawdzone mają się znacznie lepiej niż te nowe. Teraz znacznie częściej jest tak, że już po krótkim czasie od poznania wypływa z człowieka w moim kierunku całe czyjeś ludzkie gówno. Zupełnie jakbym miał na koszulce napisane „come to daddy”. A ja ciągle myślę, że mam szczególnego pecha do babrania się z niewłaściwymi kobietami. Partnerkami i nie partnerkami. Szczęśliwie dość szybko orientuję się, kiedy coś nie klika. Kiedy coś jest zbyt na siłę, żebym mógł chcieć coś więcej. Kiedy nie ma tej magii… Wtedy wychwytuję w mig moje odstępstwa od ich cudownej wizji na zmianę mnie. I wtedy jestem gotów by się zawinąć…

Myślę, że w każdej kobiecie drzemie gdzieś pod sercem potrzeba ułożenia sobie faceta idealnie pod siebie. Efekt jest taki, że części z nas, oryginalnie wyprodukowanych mężczyzn, dzięki manipulacji i tresurze zostaje uaktualnione oprogramowanie w głowie. To jakiś fenomen a może cud, że tak można. Wtedy z ustawień fabrycznych facet zamienia się w coś, co swym zachowaniem najbliżej przypomina wykastrowanego ciecia. Ma też w gratisie zdolność skakania przed „swoją” kobietą niczym małpka w ZOO i robienia hop, hop, hop na jej smutną komendę. Tylko ciekawe kto tu na końcu kogo posiada i kto jest dla kogo niewolnikiem. Faceci z nowym programem na widok kobiety nie tylko obawiają się co też ona zaraz zrobi, ale stają się dziwnie nerwowi, zupełnie jakby żadnej cipki wcześniej na oczy nie widzieli. Ci którzy mają odrobinę oleju w głowie szybko orientują się o co w tym chodzi. Chroniąc swe klejnoty spierniczają, gdzie pieprz rośnie po drodze usidlając i zdobywając co ciekawsze, pozornie bardziej zrównoważone damskie okazy. Do tej właśnie strategii jest mi zdecydowanie bliżej. Kiedy oglądasz się za kimś bardziej interesującym wtedy wchodzisz na drogę prawdziwych życiowych wyzwań. Ciekawsze jest to od przewidywalnej, haniebnej i emocjonalnej matni, która ostatecznej życiowej przegranej jest zasadniczo najbliższa. Jest to wybór lepszy niż pozwolenie na zrobienie z siebie nadskakującego kobiecie kretyna, powolnego na jej każde skinienie, czekającego aż mu coś od tego z niej skapnie, kiedy mu się dzięki temu udostępni. A może nawet na skutek tego ona sama go kiedyś pocałuje i przytuli i zrobi to lepiej niż niejedna matka dokładnie tam, gdzie najbardziej lubi? Paradoksalnie strategia na bycie facetem-nie-cieciem, buntownikiem, uroczym hultajem i niedobrym chłopcem działa z całkiem niezłymi sukcesami na każdą kobietę. Nawet na tę od której niedawno uciekliśmy w obawie przed kastracją. Czy to nie ironia losu, że nieszpetnej płci na mało co mniej zakończeń twardnieje niż na widok uniżonego przed nią mentalnego eunucha, machającego przyjaźnie ogonem w nadziei na jakiś aport, świeżo przez nią tak ulepionego? A może problem polega na tym, że kobiety zwyczajnie nie nadają się by zarządzać facetami. Może facet to taki twór, który poważnie nie potrzebuje nikogo, kto mu będzie truć „mądrości” nad uchem i dyrygować mu będzie to w jak sposób ma coś robić? Niewiarygodne, ile w jednej takiej babie od tresury mieszka sprzeczności. A może Wy kobiety chcecie byśmy byli waszymi nieobecnymi w dzieciństwie ojcami i perfekcyjnymi, nigdy nieistniejącymi synusiami jednocześnie, a też zarazem Waszymi idealnymi „partnerami”? Mitem, który istnieje tylko w Waszej wyobraźni…? My głaskający, chwalący, pomagający, wspierający, dużo hajsu do domu przynoszący, gotujący, pranie robiący, dzieci doglądający, macający, dobrze bzykający, opiekuńczy i ulegli zarazem. Nie akceptujecie naszego najmniejszego sprzeciwu i posiadania swojego zdania. Traktujecie partnerstwo jak uległość i podporządkowanie. Jednak uległość wyszydzacie. Gdy brakuje Wam odciętych jaj u samca dźwigacie ciężar nieswoich jaj na sobie. Bo gdy tylko facet nieodwracalnie nabędzie kompetencje domowego ciecia nie jesteście w stanie go już nigdy szanować.

I to jest ten moment, kiedy związek staje się niczym więcej niż tyranią złych ludzi. To jest ten moment, kiedy my mężczyźni modlimy się o cud, o wyjście z kolegami, o wyjazd integracyjny w pracy, o spotkanie kogoś-kogokolwiek, kogoś kto, aby nie jest oby naszą żoną lub partnerką. Wypatrujemy na kogoś, kto nas tylko akceptuje, nie za wiele oczekuje, kogoś innego, tajemniczego, nieodkrytego i obcego. Zwłaszcza obcego…

A kiedy o tym myślę nagle wpada mi w ręce taki tekst: „Osobą, w której się często zakochujemy, mając romans, wcale nie jest kochanek czy kochanka. Tylko kto?
– My sami. Inna wersja nas, która dochodzi do głosu przy tej osobie.”

32 myśli na temat “18 maja 2020

  1. Związek = „ja, ktoś i milion oczekiwań”?
    Fiasko na samym starcie. Skoro są oczekiwania, to znaczy że są jakieś niedobory. Jeżeli ktoś ma w sobie jakiś deficyt i oczekuje uzupełnienia tegoż od drugiej osoby, nie stworzy związku, lecz uzależnienie.

    Usidlać i zdobywać jest dużo łatwiej, niż poznać i oswoić, pozostawiając jednocześnie niezależność.

    A tak całościowo. Mocno zalazła Ci za skórę. Ślicznie wytresowany, wciąż na smyczy, wciąż tęskniący za swoją pańcią.

      1. Subiektywne odczucie przy czytaniu kolejnych wpisów. Od pewnego czasu wydajesz się dreptać w kółko i patrzeć za siebie, zamiast iść dalej i pozwolić na definitywne zamknięcie tamtego rozdziału.
        Najwyraźniej – pomimo iż odżegnujesz się od tego – jesteś jednym z owych nieszczęsnych upupionych dżentelmenów, których tak malowniczo opisałeś powyżej 😉 Ergo: Twój watchdog zawiódł. Czas zrobić twardy reset.

        1. Nie mam wewnętrznej gotowości na twardy reset. Skrypty wewnętrzne każą mi kroczyć drogą ewolucji, nie rewolucji. Niestety ewolucja jest dobijająca i w moim przypadku niefunkcjonalna. Wygląda na to, że jest to droga zboczona, niewłaściwa…

          1. Hmm… od „walnięcia o beton” minęło sporo czasu. Skoro wciąż nie jesteś gotowy, to przy takich skryptach nawet twardy reset nie pomoże. Być może skrypty są niekompatybilne z systemem…?
            Można to zmienić. Skrypty na inne. Chociaż skuteczniejsza wydawałaby się zmiana systemu…

              1. A to już kwestia indywidualna. Ewolucja sprzyja osobnikom potrafiącym najlepiej się przystosować 😉

  2. Bo problem jest w tym że szukamy ideałów zamiast zaakceptować druga osobę taka jaka jest. Nawet brak granic można zaakceptować tylko trzeba chcieć a jak się nie chce to zawsze znajdzie się dobra wymówka żeby tego nie robić…

  3. Tak. Tylko ci, którzy nie chcą coś zyskują. Mają swój dowód, że na pewno nic się nie da zrobić i mogą odfajkować, że spróbowali „wszystkiego”. To on był niereformowalny, a ja tak bardzo z nim chciałam…

  4. Łatwiej się żyje w przekonaniu że jest się idealnym i to nie we mnie jest problem tylko we wszystkich dookoła a dużo gorzej jest się przyznać przed samym sobą i innymi że się też spierdoliło. Nigdy wina nie jest po jednej stronie ale trzeba umieć się przyznać do błędu i iść dalej razem lub osobno

    1. Etap przyznania się do niejednego w życiu błędu mam rozpracowany mistrzowsko… Używam tej techniki i narzędzia na codzień.

  5. Ale czy faktycznie wyciągasz wnioski z błędów czy raczej jest to na zasadzie dobra przyznam się do błędu niech myśli że ma rację i da mi spokój 😉

    1. W życiu nie chodzi o to kto ma rację. Ten kto ma rację przeważnie jest nieszczęśliwy.

  6. Równowaga w przyrodzie musi być wszyscy nie mogą być szczęśliwi. Problem jest w tym że nie umiemy w dzisiejszym świecie ze sobą rozmawiać tylko wszyscy dra ryja na siebie, liczy się tylko nasz czubek nosa, ma być tak jak ja chce a czy mam rację czy nie to nieważne.

    1. Dlatego jestem tak wielkim orędownikiem harmonii. Unikam walki, hałasu, darcia japy, odpuszczam kompletnie gdy ktoś to robi. To jak chcę dotyczy poziomu mnie, a nie tego co ma zrobić ktoś inny. Problem tkwi w braku poszanowania dla mojego chcenia.

      1. Być może trzeba zmienić strategię…? Zamiast epatować gadżetami, zacznij olśniewać osobowością 😉

        1. Jeśli charakterek przekuję w charakter uda mi się to z całą pewnością… biorę ten pomysł! Dziękuję.

          1. Określenie „charakterek” sugeruje robionego miękkim *ujem dupka. Nie sprawiasz wrażenia dupka. Charakternika – owszem, ale to przecież nie wada, raczej zaleta.

            1. Faktycznie… trudno wilkowi wilczura udawać. Znam pewną kobietę, która nie wypowiedziałaby się pozytywnie na temat tej zalety. Posiadam szczególną na podporządkowywanie mnie na siłę do życzeń i oczekiwań kobiet. Na końcu przez tą postawę tracę często relacje na których mi zależy.

              1. Związek to nie oczekiwania. Związek to balans starań.
                Bierzesz tyle, ile druga osoba chce i może Ci dać.
                Dajesz tyle, ile Ty sam chcesz i możesz ofiarować.

  7. Coś w tym jest, może warto czasem spróbować iść pod prąd i się spotkać z kimś kto nie dokonca na pierwszy rzut oka nam odpowiada.

  8. Przyciągamy takie osoby które chcemy….Najwyraźniej taka forma związku Ci z jakiegoś powodu odpowiadała i dlatego wybierasz kobiety, które są według Ciebie toksyczne i roszczeniowe…Idę o zakład że z wyluzowaną i tolerancyjną laską nie wszedłbyś w bliższą relację i znalazł 1000 wymówek że to bez sensu…Kiedy tak naprawdę nie chcemy związku wiążemy się z tymi z którymi tego związku nie da się stworzyć

    1. Chcesz powiedzieć, że Siła Wyższa, Anioły, Opatrzność chronią mnie w ten sposób przed wejściem w związek?

  9. Raczej że na własne życzenie wchodzisz w relacje bez przyszłości bo może nie jesteś gotowy, może nie chcesz, może chcesz mieć łatwą możliwość ucieczki usprawiedliwionej…
    Jeśli jakaś siła wyższa jest, w co wątpię, to może podsyłała Ci kogoś z kim mogłeś mieć fajny związek ale Ty tego nie dostrzegałeś bo nie chciałeś…Ale to ostatnie zdanie to już luźne banialuki;) Warto pomyśleć jednak kogo odrzucamy, mi to pokazało kiedyś czego tak naprawdę się obawiałem…

  10. Znajomy podrzucił mi dzisiaj indyjską tantrę, w której jedna wskazówka szczególnie zapadła mi w pamięć: Pamiętaj, że najlepszy związek to taki, w którym miłość pomiędzy dwoma osobami jest większa niż chęć dominacji jednej ze stron.

      1. Dominacja to narzędzie ludzi słabych. Toksycznych i skłonnych do manipulacji. Narcyzów, którzy uważają, że czas jaki im pozostał najlepiej wykorzystać pielęgnując miłość do samego siebie. Czasami „najmilsza osoba, jaką poznamy w życiu” jest chodzącym zbiornikiem toksyn. Jedno spotkanie z kimś takim potrafi wydrenować nas z energii na wiele dni, a trwająca w zawieszeniu znajomość nie pozwala iść dalej, odbiera chęci do przeżywania fajnych rzeczy z innymi, odbiera poczucie sensu zawierania nowych znajomości czy w ogóle radości życia… Są wśród nas tacy, którzy szczególnie przyciągają typ toksycznego narcyza. Na szczęście, ci toksyczni potrzebują ciągle nowych dostaw cudzej energii, a że ich charyzma potrafi przyciągać tłumy, nietrudno z biegiem czasu nauczyć się trzymać ich na dystans – zastąpią nas szeregiem innych…

  11. A mnie ciekawi, co takiego zmieniło się po Twojej 30’, że – jak sam przyznałeś – przestałeś tworzyć dobre relacje.

    1. Ożeniłem się. Wszedłem w etap testowania i doświadczania całkowicie czegoś nowego. Małżeństwo to bardzo mocny rytuał. Rewolucja kulturalno-światopoglądowa w mózgu, inny rodzaj poligonu relacyjnego. Niebywałe wprost doświadczenie.

      1. Ach, święta i odwieczna tradycja…
        Ale żeby zaraz „rewolucja kulturalno-światopoglądowa, inny rodzaj poligonu relacyjnego”? Czym się różni bycie z kimś usankcjonowane papierkiem od bycia z kimś bez takiego papierka?
        I co, było warto…?

Dodaj komentarz