26 lutego 2020

Nadszedł czas bym postanowił być doskonały. Nie zadowolę się niczym pomniejszym. I lepiej niech każdy też będzie sobie doskonały. Niech spada ode mnie ten, kto mnie nie potrafi zaakceptować!

Czuję się kompletnie wypalony. Potrzebuję przerwy. Tylko od czego? Od luksusu, od pracy, czy od własnej głupoty, może też od kobiet, również nie-kobiet, od telefonu…? Od życia jakie prowadzę chyba jeszcze bardziej. Rok, może dwa mi wystarczą i dojdę do siebie. Tylko żebym wiedział wcześniej do kogo dojdę lub w kogo… Jestem zdradzony przez samego siebie. Lista winnych zdrady jest imponująca. Wiadomo, wszystko to przez mój charakter, przez pieniądze, przez ego, przez iluzję władzy, przez alkohol, przez seks, przez miesiączkę, przez relacje, przez moje ciało i przez linie lotnicze. Przez coś zawsze. Uzależniony jestem od wszystkiego co polubiłem, gdy tylko to coś spotkałem. Bo ja lubię wszystko jak głodny pies i nie wybrzydzam na głodzie. Z alkoholi też wszystko raczej lubię. Wiecznie jestem niedospany, niedopity, niedobiegany, wycięty z komiksu, wydarty z ramion czyichś, obdarty z życia nie mojego już nagle, z jachtu wysadzony czyjegoś, uwieczniony z ludźmi jakimiś, z biletów gdzieś dokądś spłacony, w high-life resorcie na fejsie oznaczony, w iluzji własnej zasiedziały – obok świata, próbując go dotknąć, zrobić tak by mi on nie spierdolił. A on mi spierdala gdzieś ciągle tam, gdzie lubi beze mnie być, bo mnie tam z nim nie ma.

Rano patrzę w lustro w kiblu. O! – to Ja niezmiennie. Kocham siebie i męczę się sobą naraz. Kocham się i nie toleruję nie-siebie. Schizofrenik 30. wieku. Poszukujący świętego Graala – Ja bez refleksji nad życiem, za to z permanentną refleksją nad brakiem sensu życia, gdy już się czymś nasycę i przejem. Mistrz Ja. Mistrz przebodźcowania, niedogłaskania, niedoruchania z ranigastem pod ręką. Nieszczęśliwy na żądanie, ale z ambicjami na dużo więcej. Wszystko co na świecie jest fajne jest u mnie w ogromnym nadmiarze lub niedosycie. Nadmiar obrażonych kobiet, skrzywdzonych przeze mnie ich własnymi wobec mnie i wszem oczekiwaniami. Nie wiem, jak je uleczyć. Nie umiem ich doprzeprosić. Nie wiem, jak je zbawić. Zbieram wszystko co mogę i wszystkich po drodze i wypieprzam co tylko mi przeszkadza. A potem mi brakuje czegoś, kogoś bardzo. Więc śmietniki zaliczam i szukam czy za wiele omyłkowo nie wypieprzyłem. Melancholia i zakłócona harmonia naraz. Zlepek nadwag i deficytów każe mi myśleć, że to co obiektywnie fajne potrafi tylko u innych być fajne. To samo u mnie zjebane jest akurat, bo wszystko co zawładnięte mną jest opętane, perwersyjne, przemocowe, zboczone, obślinione, zaspermione.

Jestem uzależniony od braku zrozumienia mnie przez kobiety i od uciekania przed tym brakiem zrozumienia od tych samych kobiet. Od braku zdolności dogadania się z którąkolwiek kobietą. Bo facet to przecież z kobietą powinien się dogadywać. By jak dziad i baba bardzo starzy oboje starość spędzali na śmierć czekając razem lub na to co ostateczne – też razem. Czyli w sumie na co?

Ewangelia wg Mr of America: jebać biedę i śmierć oprotestować, ale młodość ratować. Amen.

Potem spieprzać szybko od depresji i psychodram na swoje własne życzenie wywołanych. Do słonka jak najbliżej się tulić. Od budowania relacji jak najdalej, tych w których ranię ludzi, którzy mnie kochają. Potem od ranienia mnie samego spieprzać też, nie potrafiąc kochać siebie samego wystarczająco mocno w tych i innych relacjach.

Nie znajduję ani harmonii, ani spokoju, ani spełnienia. Życioholik, ukrzyżowany z niedobzykanym seksoholikiem na jednym krzyżu, tonący pośród ofert od życia i smsów od chuj wie kogo. Jestem na skraju właściwych wyborów, a robię tak, że niczego i nikogo nie wybieram. Macam cudze cycki przez papierek. Szkoda mi tak nagle wybrać, a umieram z głodu ciepła bez mego wyboru. Boję się też coś sknocić. Już nie raz pożal się Nie-Ma-Boga wybrałem. Potem rozpaczałem, bo cholera wszystko niedoskonałe. Zawsze jakieś skazy u kogoś. Zawsze defekt, co mnie wkurwił za bardzo. Picasso bez gorzały, na ssaniu i jego dzieła śnią mi się wiecznie po nocach. Nos u niej za duży, piersi jakby za małe, pryszcz na tyłku nie taki co trzeba, cipka chropowata, zęby jak u konia, dupa jak armata. Pan doskonały wybrzydza, kiedy aspartam we krwi mu spada. Spierdalam od niedoskonałości już teraz na bieżąco. Mam gorsze dni bez przerwy. A potem euforia wolności, na chwilę złapana do puszki po piwie. Nieszczelnie dokręcona…, lecz też mi spierdala. A ja biegnę bez tchu za nią. Bez zrozumienia przyczyny, ale w pocie czoła gonię, bo może czuję, że ją dogonię. Czuję, że będę na prostej balansu diabła i anioła. Mnie i nie-mnie naraz… cierpię, ale dzielnie biegnę.

Oświadczam tu wszem i wobec… zadajecie się ze mną na własne ryzyko. Każda z Was i każdy z Was tylko na jego prywatne, własne ryzyko. I mi tu drzwiami przy mnie nie trzaskać, nie rzucać o podłogę niczym. Nie rusza mnie to. Scen proszę nie robić… Wypraszam to sobie! Jeśli nie umiecie ze mną postępować, nie macie prawa do reklamacji. Nie macie prawa do nazywania mnie kłamcą, zwykłym kłamcą ani kimś na „Ch”, ani kimś na „K”, zwłaszcza na „K”!

Czy jest coś złego w kryzysie wieku średniego? On porostu jest u mnie od 20 lat z górką. Co z tego? To jak menopauza u kobiet. Nie… Bardziej może jak kac po chlaniu.

Tęsknię za wszystkimi szansami, które spierdoliłem. Jednak czasu nie cofnę, bo i po co? Nie mam zresztą siły spierdolić ich dziś wszystkich raz jeszcze. Co się stało to się nie odstanie. Wracam więc do budowania mojego ZEN. Niech mają hejterzy swój triumf. Nie chcę z nimi gadać, w szachy grać z nimi, znać ich nie chcę. Niech mają co chcą, ile im tylko wlezie! Herbaty się z nimi nie napiję. ZEN to ZEN – na sucho ma być.

Wszystko mi ostatnio spierdala. Nawet samoloty, półmaratony w Tel Awiwie. Jakieś super siły na świecie robią wszystko bym nie pobiegał, jak lubię. Co za chamstwo… a ja sobie prywatnie pobiegnę, sam na przekór im wszystkim – i tak i siak… biegnę! Ale jaja…

11 myśli na temat “26 lutego 2020

    1. Niestety tak jest. Przesilenie własną głupotą. Nie wiem… chyba zrobię sobie jakiś urlop od urlopu. Zaszyję się gdzieś, wyłączę zasięg, poleżę i poczytam. Może mi to pomoże… ale pewnie nie…

  1. Weź wdech…. głęboki wdech….. i wyluzuj…. Ta gonitwa myśli, skadinąd dobrze mi znana, zjada Cię od środka. Po sobie to robisz? Jesteś jaki jesteś- zaakceptuj to. Każdy z nas coś w życiu spieprzył, grunt żeby się podnieść i iść dalej, nie rozdrapujac ran. Przeszłość to przeszłość nie masz na nią wpływu, podobnie jak na przyszłość. Liczy się tylko to co tu i teraz. A że samolot Ci uciekł…. może karma uchroniła Cię przed złamaniem nogi😊

  2. To nie jest proste… Mam wszystko, z wyjątkiem jednego fragmentu układanki. I nie mam ruchu na szachownicy…
    Tylko, że szczęście składa się z sumy drobnych elementów, pozornie nieistotnych. Nie czekam aż przygniecie mnie głaz z napisem „szczęście” , cieszę się tym co mam, nawet jeśli nie jest to pełne i takie, jak chciałabym aby było. Staram się nie patrzeć w tył, bo to mnie przygnębia. Nie mogę cofnąć czasu. Nie mam też pewności, że gdybym go cofnęła i postąpiła inaczej, nie byłabym w tym samym miejscu. Musiałam odbyć te lekcję. I przestałam walczyć z tym faktem.

    1. Ja za wiele zjebałem w relacji. Nie wiem gdzie teraz jestem. Pewnie nigdzie. Zawieszenie. Szczęście to ciężka praca. Wiadomo, że nic nie cofniemy… splin… lub euforia… kieliszek nie zawsze pełny…

  3. Jesteś tu i teraz to proste. Między tym co było, a tym co będzie. Tylko od Ciebie zależy, czy postrzegasz to jako zawieszenie, czy etap w swojej podróży.

    1. Chwilowo postrzeganie obiektywne lekko osłabione. Wyciszę emocję i pójdę do przodu. Jest plan…

  4. Polecam wycieczkę rowerem – pogoda jest dziś przepiękna😊 dobrze robi też usunięcie z telefonu korespondencji, która ciągnie w dół. Nie ma co rozpamiętywać bez końca. To nic nie zmieni, tylko boli niepotrzebnie. Kibicuję Ci, dasz radę 😊

      1. Dobra energia to moja specjalność😊. Sklejaj te skrzydła chłopaku i leć!
        Pozdrowienia z deski😊

Dodaj komentarz