6 stycznia 2020

Znacie różnicę między byciem kompletnym, a byciem skończonym? Z tego co słyszałem, jeśli poślubicie właściwą kobietę jesteście kompletni. Natomiast jeśli poślubicie niewłaściwą jesteście skończeni. Ale gdy ta właściwa kobieta zobaczy Was z niewłaściwą kobietą wtedy jesteście kompletnie skończeni.

Są przeróżne regionalne wariacje i alternatywy dla tej ludzkiej mądrości o których dowiedziałem się będąc ostatnio w Maroku: „szczęśliwa żona to szczęśliwe życie. Ale jak nie masz żony to nie masz życia”. I wszystko byłoby dla mnie zrozumiałe, gdyby nie to, że w tym samym momencie od pewnej kobiety z zadymionej ojczyzny usłyszałem, że według niej są tylko dwa rodzaje mężczyzn na świecie – tacy od orgazmów i tacy od naprawy gniazdek elektrycznych, tudzież instalowania nowej zmywarki w domu. Wtedy z nieukrywanym podziwem uświadomiłem sobie, że czasem kobiety mają dużo prostsze spojrzenie na damsko-męski świat niż ten samczy zawoalowany żarcikiem, usłyszany u sprzedawcy z marokańskiej medyny. Ten świat sprowadza się do pragmatycznych wyborów – albo wybierasz kilka orgazmów pod rząd albo AGD Ci w domu dobrze furczy. Prosto i na temat. Facetów od wszystkiego podobno nie ma. Nawet u tak prymitywnych stworzeń jak my jest najwyraźniej bardzo wąska specjalizacja.

Ja nieswoich orgazmów i elektryki w domu nie ogarniam zupełnie. Dlatego z dumą mogę uważać się za co najmniej trzecią płeć. Przy okazji jestem z natury dużo bardziej elastyczny by mieć ochotę wpisywać się w jakąś wyspecjalizowaną grupę mężczyzn od czarnej roboty. Mam całą masę innych zalet. Potrafię się kochać zarówno przy świecach jak i przy winie. Na luzie przeboleję, że nie da się tego robić przy włączonej zmywarce, kiedy wysiadły w domu korki, bo w absolutnych ciemnościach też akt seksualny dopuszczam, ale tylko wtedy, gdy dziewczyna jest zbyt wstydliwa lub zbyt trzeźwa by robić to ze mną w blasku świateł. I przede wszystkim nie zamierzam się dać tak prosto zaszufladkować. Jestem pewien, że najbliżej mi dziś jest do bycia facetem od spełniania przede wszystkim moich własnych prywatnych zachcianek, a dopiero przy okazji zachcianek innych pań. Traktuję to też w kategoriach fair play. Jeśli tylko moje zachcianki będą kompatybilne z tymi, jakie posiada kobieta moich marzeń siedząca przy moim ramieniu – tym lepiej dla niej. Jeśli nie, to tym gorzej dla marzeń.

Na pewno nie zamierzam stresować się i spełniać niczyich oczekiwań względem mnie. Chyba żaden facet nie potrzebuje takich ciśnień jak presja cudzej zachcianki na jego osobistą niemożność lub na jego niechęć jej spełnienia. Gdzieś o tym czytałem. Od ciśnień dostaje się raka. Zdaje się żołądka…, a może to była ospa wietrzna? Zresztą czy to nie strach spełniać rozkazy seksualne od kogoś kto co miesiąc krwawi przez trzy dni i od tego nie ginie? Dlatego rób to co sam lubisz, wybierz z kim lubisz to robić i nie stawiaj sobie barier. I jak to mówią praktycy hedonizmu: „miej wyjebane, a będzie Ci dane”.

Niestety z wyjebaniem też bywają czasem kłopoty. Szczególnie kiedy bez przerwy spotykasz ludzi mających alergię na Twoją uśmiechniętą i nie steraną od rana pracą w kopalni azbestu mordę. Ja spotykam takie osobniki notorycznie. A wszystko dlatego, że ani mężczyźni, ani kobiety nadal nie rozumieją, że kompromis to podwójna przegrana. Nie rozumieją, że zawsze należy dążyć do konsensusu. Podam Wam przykład na czym polega konsensus w wersji arabskiej. Kiedy tam jesteś co i rusz poznajesz jakiegoś arabskiego idiotę. Wszyscy oni udają, że nie rozumieją nawet jednego wyrazu z tego co do nich mówisz ani po francusku, ani po angielsku, ani na migi. Wiedzą, że nie znasz arabskiego więc dla zmylenia przeciwnika podają Ci jadłospis po hiszpańsku. A tam wyraźnie widnieje danie wegetariańskie, które sobie triumfalnie zamawiasz nie chcąc jeść niewiadomego pochodzenia zwierzęcej padliny. Do tego upewniasz się, że to samo danie w jadłospisie francuskim i angielskim też na pewno jest bez mięsa. A kiedy już je dostaniesz możesz być pewien, że jest w nim mnóstwo soczystych kawałków zdechłego kota lub czegoś co nie miało tyle szczęścia co Ty, gdy znalazło się w złym miejscu o złym czasie.

Wołasz wiec arabskiego kelnera i prosisz o wymianę dania na wegetariańskie. Skutkuje to tym, że po chwili na stole znów ląduje Ci dokładnie ten sam talerz, tylko tym razem ze zjedzonym przez kogoś z niego mięsem. A groteski dodaje fakt, że kiedy zaczynasz je jeść ze zdziwieniem odkrywasz, że ktokolwiek wyżarł Ci z talerza mięcho udając, że przyniósł Ci nową wegetariańską potrawę zrobił to bardzo opieszale. Pod warstwą warzyw uśmiechają się do Ciebie kolejne smakowite kęsy zdechłego kocura. Jednak Twoje oburzenie może się tylko równać z jeszcze większym zdziwieniem wypisanym na twarzy nażartego za Twój własny hajs Czarnucha, kiedy ten zreflektuje się, że nie zamierzasz mu nawet pół dirhama odpalić za jego niby wegetariański bezmięsny szajs. Oczywiście dłuższą chwilę głupio uśmiechnięty Czarnuch nie tylko udaje, że nie rozumie Twojego oburzenia, ale jeszcze udaje, że nie rozumie ni słowa z tego co ma napisane w swoim pieprzonym jadłospisie i to w żadnym europejskim języku. Ostatecznie nie płacisz, a na samym końcu decydujesz się mieć na jego głupotę wyjebane. Co Ci zmieni, że się bardziej na kogoś wkurwisz niż to jak bardzo zdążył Cię już wkurwić Twój przyjaciel – własny głód. I wtedy, kiedy takim ludziom się baczniej przyglądasz zauważasz, że oni też mają wyjebane i widzisz ich ubaw z mania wyjebane na Ciebie. I to jest właśnie konsensus, bo na pewno nie kompromis. Każda strona doskonale się bawi kosztem drugiej strony i nikt nie ma w sumie do nikogo większego żalu. Bawcie się dobrze swoimi problemami chciałoby się powiedzieć…

I tak wróciłem z podróży do Afryki Północnej wraz moją trupą – haremem kilku pań i panów z wieloma świeżymi przemyśleniami. Mam wrażenie, że po paru dniach przebywania blisko razem zupełnie obcy sobie ludzie mogą się znienawidzić, czasem zaakceptować, a rzadko pokochać. Nie ma wielu wersji pośrednich, ponieważ pojawiają się znikąd tony emocji i alergii na samych siebie, które działają jak detonator na harmonię i zen. I jest to dla mnie co najmniej dziwne, gdyż Maroko jest nie tylko przepiękne. Jest to też prawdopodobnie najlepsze miejsce na to by przejść terapię alkoholową. Oczywiście o ile nie jesteś Białasem z Polski. Tacy jak my znajdą alkohol nawet u Czarnuchów w meczecie. Dlatego najbardziej niebezpieczne jest, kiedy podróżujesz tam właśnie z grupą Polaków. Wtedy od znalezienia alkoholu zależy nie tylko ilość siniaków na niektórych z Was następnego poranka, ale przede wszystkim bardzo zależy atmosfera całych dni spędzonych wspólnie. Pojawia się Wam napięcie bez chlania, napięcie przed chlaniem no i wiadomo… napięcie po chlaniu także daje o sobie mocno znać. To całe napięcie jest niczym niespodziewana sraczka, mimo że przecież do Egiptu jest spory kawałek. Moim największym odkryciem jest, że praktycznie wszystkie kłótnie między ludźmi z Polski odbywają albo z udziałem alkoholu w tle, albo dlatego że alkoholu było za wiele, lub dlatego że alkoholu nie było w ogóle i nie dało się go znikąd wyciągnąć, nawet z dupy Mahometa.

Po ostatnich doświadczeniach utwierdzam się też w przekonaniu, że mam w sobie coś co przyciąga do mnie największych alkoholików, patoholików i najciekawszych wariatów na tej długości i szerokości. Wesoło jest patrzeć jak bezbłędnie swój lgnie do swego… Ale to może nie jest aż tak wielki przypadek. Może my Polacy wszyscy jesteśmy na swój sposób lekko jebnięci i to dlatego tak nam wszystkim jest ze sobą dobrze jak tylko pojawi się jakaś gorzała, a czasem nawet jej brak…

A żeby puenta nie była bardzo smutna na koniec opowiem Wam przykład z życia wzięty. Wracałem wczoraj w nocy do kraju ostatnim samolotem z Paryża w towarzystwie ziomków ze smażalni śmieci i jak zwykle podsłyszałem genialny dialog dwojga ludzi z rzędu za mną. Chłopak pyta dziewczyny: – co to jest to 737 co się tak świeci na monitorze? Na co ona po chwili zastanowienia górnolotnie mu odpowiada: – pewnie ktoś z obsługi nie przestawił czasu jak leciał z Londynu…

Pomimo pokładanych nadziei po godzinie lotu Boeing 737 nadal nie zmienił swojej nazwy na Boeing 837… Jaka cholerna szkoda…

2 myśli na temat “6 stycznia 2020

  1. Szczęśliwy człowieku który potrafisz mieć wyczesane na wszystko…Ja tak nie umiałam..Do czasu…przyszła depresja I się zaczęło…
    Przyjaciółką siłą wygnała mnie na terapię I do psychiatry…I całe szczęście….i od tamtej pory już umiem mieć wszystko w nosie i na wszystko wyczesane…I jestem szczęśliwa…I o wiele prościej mi się żyje…
    Pozdrawiam
    😁😁😁😁😁😁😁😁😁😁

    1. Witaj w klubie wyczesanych zatem. Ja też miewałem gorsze chwile. Na szczęście cokolwiek to było należy do przeszłości. Bez ciemnych momentów nie ma mowy o rozwoju. Były mi potrzebne. Teraz cieszę się życiem🤘🤘🤘😁😁😁

Leave a Reply to Andzia Cancel reply