25 listopada 2019

Wróciłem niedawno z Mołdawii – relatywnie ubogiego nawet jak dla mnie, rosyjskojęzycznego kraju, w którym, jeśli chodzi o jakąkolwiek komunikację po angielsku bardzo aktualny jest następujący dowcip. Facet dzwoni na recepcję z pokoju 22 i prosi: „two tea to room two two”. Na co głos w słuchawce odpowiada mu „tra-la-la”. Doświadczyłem w sumie tego samego – na praktycznie każde pytanie skierowane do młodych kelnerów i kelnerek po angielsku słyszałem swojską odpowiedz „daaaa” i to zupełnie niezależnie od kontekstu. Aż się ciśnie na usta testowe pytanie do nich – pokazując na pozycje z menu – zamiast czy to jest z mięsem, czy jesteś kretynem…? Dlatego w pewnych miejscach albo przejdziesz na rosyjski albo zginiesz od tego co zamówiłeś. I wtedy doceniasz Polskę bo u nas „jakbym chciał bez frytek, to bym chyba powiedział poproszę bez frytek”.

Ale tak sobie myślę, że nie tylko całe kraje mają problemy z komunikacją. Sam jestem żywym dowodem na to jak nie potrafię się skutecznie wysłowić i odebrać we właściwy sposób zwrotnych komunikatów od bardzo bliskich memu sercu kobiet. Jedyne co zawsze w tej komunikacji posiadałem to z pewnością własną zawziętość. Tylko przecież zawziętość to cecha żołnierza i wojownika o słuszną sprawę – czyja jest racja na wierzchu i takie nikomu niepotrzebne farmazony. Na co komu jest mieć rację?

W poszukiwaniu przestrzeni na udzielenie sobie zgody i akceptacji dla braku siły do dalszej walki nie tylko o rację w relacji, nie w relacji, w komunikacji, w ciszy, w miłości i w nie miłości z osobami wszelkich płci, wyznań, rozmiarów, religii, stanów umysłu i ras, mój organizm sam znalazł za mnie niewybredne rozwiązanie jak odszukać tą właściwą przestrzeń na wyciszenie się. Niezależnie od tego co ciekawego sobie planowałem, ktoś włączył za mnie tryb choroby i z moich wielkich planów wyszło tyle co nic. Pochwalę się, że oto od ponad tygodnia, a w sumie to już nawet od trzech leżę ile się da w pozycji horyzontalnej i co i rusz opycham się nową dostawą świeżutkich narkotyków z apteki. Poległem na tyle bardzo, że dzisiejszy wpis jest całkowicie podyktowany maszynie z funkcją rozpoznawania tego, że jej coś dyktuję. Nie mam nawet siły by się o centymetry gdziekolwiek ruszać więc piszę…

Mam jak zwykle w stanach opamiętania, takich jak dziś, zupełnie nowe refleksje na temat samorozwoju. A nie jest to ściema, bo widzę, jak to wygląda na moim własnym przykładzie. Listopad jak co roku jest szczególny. W listopadzie obchodzę kolejną rocznicę przyjścia na świat, rocznicę przeżywania psychodramy z uwagi walnięcia mną o beton, kolejną rocznicę zdziwienia, że lato nie trwa wiecznie i rocznicę godzenia się z faktem, że od teraz będzie już tylko zimna zima… I w takich chwilach sobie myślę, że samorozwój też nie odbywa się nigdy liniowo, ani nie przyrasta bez przerwy jak temperatura na wiosnę. Odkryłem, że jest to proces, w którym człowiek niczym statek nie płynie nigdy jednym halsem by dopłynąć do obranego, upragnionego celu. Ten proces jest ciągłym halsowaniem się. Mimo, że cel jest w zasadzie znany, płyniemy takim zygzakiem będąc przez pół trasy na kursie niby Zen, a drugie pół na kursie przeróżnego gówna pod postacią nieodkrytych jeszcze lekcji i zagłuszaczy naszego wewnętrznego głosu.

Przyznaję, dziś z perspektywy czasu – jestem człowiekiem, który zaczął drogę ku harmonii bardzo późno w tym wcieleniu. Rozpoczęła się ona u mnie pielgrzymką do Londynu w tamtym roku, najwyraźniej po to by moja angielska rodzina widząc moje rozwalenie wewnętrzne otworzyła we mnie furtkę na pewne nowe, nieznane mi wtedy horyzonty w głowie. One, mam przeczucie zawsze w tej głowie były, ale nie dotarłbym do nich sam prawdopodobnie za następne 300 lat, czyli mniej więcej za tyle czasu, ile potrzeba by wyhodować porządną angielską trawę od chwili zasiania, codziennego podlewania i koszenia jej przez te 300 lat. Potem miałem okres przemyśleń, który za kolejne dwa miesiące umożliwił mi dotarcie jeszcze dalej by pojednać się z Bogiem pod Ścianą Płaczu. By doświadczyć jego obecności i mu wybaczyć, że mnie tak wkurwiał tyle życia. By móc powiedzieć jesteśmy kwita chytry Królu, odpuszczam Ci. Zresztą napisałem mu liścik. Nie jestem pewien czy go przeczytał. A potem w lutym znów był nieumiejętny zwrot i to taki, że mi prawie żaglówkę od tego okręciło dookoła. Bo jak chcesz płynąć innym halsem to trzeba wiedzieć czy ogarniesz wiatr na nowym kursie. A ja bez refleksji zrobiłem ten zwrot, w kierunku który uważałem za słuszny w imię miłości, której nie potrafiłem wtedy okiełznać, a jedyne co osiągnąłem przez moją pychę i nadmuchane ego to kompletne rozwalenie do końca relacji z kobieta, na której mi zależało. Było tak źle, że w kwietniu spieprzałem już na koniec świata, do Azji i to dopiero tam w malezyjskiej dżungli, a potem na Bali odzyskałem siebie, znów wracając na pierwotny hals ku Zen.

I tak dziś sobie myślę czy nasze życie to faktycznie ciągłe zwroty w poszukiwaniu tego samego celu? Wybaczam sobie dziś coraz więcej z bzdur popełnionych podczas mojej ziemskiej wędrówki. Nie tylko dlatego, że jestem „tylko” człowiekiem, ale też „aż” człowiekiem, który daje sobie prawo zarówno do błędów jak i nieustających lekcji. Kiedy dajesz sobie przestrzeń na coś nowego ta przestrzeń przyciąga do Ciebie przeróżne rzeczy. I pewnie dlatego ostatnio zupełnie przypadkiem znalazłem w mojej odgruzowanej lekko przestrzeni książkę, która przywędrowała do mnie przypadkiem z mojej bezkresnej biblioteki. Na ten moment wiedza zawarta w niej to coś absolutnie dla mnie unikalnego. Dzięki Davidowi Hawkinsowi dorwałem się do narzędzia dzięki któremu można określać poziomy ludzkiej świadomości. Dowiedziałem się o skali od 20 do 1000 punktów i o tym jak liniowy przyrost poziomu świadomości wpływa na logarytmiczny przyrost oświecenia. Niewielki wzrost o parę punktów przekłada się na znaczny przyrost naszej oświeconej mocy. Każdy na tej skali Oświecenia gdzieś jest. Matka Teresa z Kalkuty miała poziom 700, Oświeceni Budda i Jezus 1000 punktów. Ja dziś daję sobie naciągane 250, bo wiem, że miewam momenty gdy spadam w dół. I to też wybaczam sobie – wiedząc, że naturalnym jest spadać, gdyż człowiek sam w sobie jest materią do ciągłej ze sobą pracy. Czasem nawet utrzymanie stanu 250 punktów może być dla kogoś nieustającym wyzwaniem.

Idąc tropem harmonii ciągle wierzę, że można z kimś do kogo się coś czuje mimo wszystko we wzajemnej relacji pasować. I to niezależnie od nakładu pracy potrzebnego by to pasowanie mogło mieć miejsce. Parafrazując słowa Ellie Arroway zagranej przez oszałamiającą Jodie Foster w filmie „Kontakt” tak sobie myślę o 10 miliardach ludzi na naszej planecie. Gdyby nie było wśród nich takich, którzy idealnie do nas pasują to byłoby to ogromne marnotrawstwo energii. Słyszałem gdzieś ostatnio alternatywną, nieco prostszą frazę dotyczącą poziomów świadomości. Podobno „wszystko jest albo miłością albo wołaniem o pomoc”. Nie wiem jak Wy, ale ja mam trudności by się w niej móc łatwo odszukać. Pocieszam się jedynie, że raczej nie wołam o pomoc. Tylko czy dojdę kiedyś na stan Miłość? Wg. skali Hawkinsa to stan 500. Wątpię… można o tym jednak zawsze marzyć.

Myślę, że ja najbardziej utożsamiam się z przesłaniem od pozaziemskich cywilizacji z wspomnianego już wcześniej filmu: „Jesteście interesującą rasą. Ciekawą mieszanką. Jesteście zdolni do pięknych marzeń i miewacie okropne koszmary. Czujecie się zagubieni, odcięci, samotni, ale tacy nie jesteście. Nasze wszystkie poszukiwania doprowadziły nas do wniosku, że tylko kontakt z innymi sprawia, że pustka jest do zniesienia”.

3 myśli na temat “25 listopada 2019

  1. Hm… Przez 2/3 tekstu próbowałam przypomnieć sobie, jak po rosyjsku są frytki. Reszta okazała się drugoplanowa.

    Może zacznij szukać tej miłości szukać w sobie zamiast na zewnątrz…

    1. O ile pamiętam kartofel fri po rosyjsku. Idealnie jak sama do mnie przyjdzie by nie trzeba było jej nigdzie szukać 🙂

      1. Hahaha. Zdecydowanie „картофель фри” 🙂

        Nie znam się na miłości za grosz nawet, ale różne głowy (nie piszę, że mądre, bo tego nie wiem) piszą lub mówią, że aby znaleźć miłość trzeba najpierw zaakceptować i pokochać siebie samego. Tak na prawdę, tam w środku, nie tylko, że nam się wydaje, że siebie akceptujemy i kochamy… tylko tak ma być.

        Coś w tym sensu może być – skoro w sobie znajdujemy jakieś „ale” i kochamy siebie „warunkowo” to w sumie jak możemy być bezwarunkowi dla drugiej osoby i akceptować ją bez tych jakiś „ale” … które pojawiają się wcześniej lub później…

Odpowiedz na „demirjaAnuluj pisanie odpowiedzi