7 sierpnia 2019

Jedyne co mogę sparafrazować, kiedy myślę o moich związkach to słynne powiedzonko Churchilla. W moim przypadku będzie brzmiało tak: nigdy jeszcze w historii miłości tak niewielu nie zawdzięczało tak niewiele tak nielicznym. Wszystkie moje relacje przypominały gdzieś na ich kresie trochę bitwę o Anglię i były na swój sposób bez sensu – mniej więcej tak samo bez sensu jakim była II wojna światowa. Oczywiście poza Powstaniem Warszawskim i godziną W. Nasz dumny naród jako jedyny na świecie nie tylko w całości pamięta ten niesamowity event i podobno wie o co w nim chodziło. Z dostojeństwem ogarniamy w nim każdy dzień po dniu, co do godziny i minuty i to po prawie chyba 200 latach. Gdyby nie ten szaleńczy zryw nie mielibyśmy czym świętować naszej klęski i kompletnej rozpierduchy stolicy. Jak wiadomo przegrana nie jest bardzo złym powodem do tego by się napić. Głupio by było skazywać się na nudę świętowania wygranej wojny w maju tak jak wszyscy, jak Francuzi czy Anglicy, którzy nam przecież wtedy nie pomogli. Zresztą trochę ten bunt i wkurw na maj rozumiem. Rzeczywiście po latach wygrana okazała się wygraną dla tych co podobno wtedy przegrali.

Ja też mam na swoim koncie moje prywatne zrywy niepodległościowe, przeróżne walki o moje związki i nawet godziny W – ale takie W bardziej od słowa wypieprzaj. I nie ważne, że wszystkie te działania zakończyły się klapą i pobojowiskiem w głowie. Dzięki nim jestem dziś dużo dalej w rozumieniu jak powinna wyglądać relacja, a wcześniej nauczyłem się techniki całkowicie samodzielnego funkcjonowania na tym już nie łez padole. Więc może i nie jest to do końca bardzo dziwne to rozpamiętywanie przegranych. My Polacy jesteśmy przeto mistrzami kanałów i szamb myślowych oraz koneserami tojtojów pod postacią patriotycznych patosów. Przy okazji lubimy się porządnie ujebać jakąś psychodramą zawsze wtedy, gdy trafia się ku temu jakakolwiek najmniejsza choćby okazja. Jest też fajne, że każdy kto jasno wyraża swoje poglądy niezgodne z tym powstańczym main streamem ma niemal gwarancję i przywilej dostania po łbie od prawdziwych patriotów, no a w bonusie, ma od czarnych ekspertów zagwarantowaną stosowną pokutę.

Stroniąc od polityki, na której świadomie wybieram się nie znać, skupiam się jak tylko potrafię na paradoksach budowania relacji damsko-męskich. I są to dla mnie obecnie najważniejsze tematy. Takie małe sprawy życia i śmierci, czyli tak naprawdę sprawy, o których bez ustanku myślę albo prościej ujmując – sprawy miłości i życia, bo na cholerę komu sprawy śmierci, kiedy można jeszcze trochę sobie pożyć. Ostatnio znów dręczy mnie pytanie co jest w związkach absolutnym minimum by one dobrze działały i co musi się stać by z dwóch stron dobrze w nich jak to mówią Amerykanie klikało. Niestety zamykam oczy i dupa… To wcale nie seks jest najważniejszy, ani „jej orgazm pierwszy”, jak to ktoś dla mnie ważny usiłował mi niedawno średnio skutecznie wplenić do mózgu. Tak się zestresowałem tą wysoką poprzeczką orgaźmiczną, że jeszcze do teraz nachodzi mnie jakaś schiza, za każdym razem jak myślę o seksie z kobietą. Dlatego nie tylko od dawna z ust nie zalatuje mi pochwą, ale od jakiegoś czasu zauważam, że najważniejszą sprawą, jeśli chodzi o związki z moim udziałem to obopólny szacunek. Wiem to, bo nikt tak jak ja nie jest mistrzem w pozwalaniu by mi wejść na głowę i udawaniu, że ani nic się nie stało, ani na co mi od Niej szacunek, kiedy Ona jest przecież taaaaaka fajna. Myślę właśnie w którym momencie dałem sobie wpełzać na tę moją głowę tym wszystkim „mega mądrym i fajnym” kobietom mego życia? Ciekawe też co przez to chciałem dostać a co faktycznie od nich dostałem w zamian za użyczenie mojej pustej głowy?

Jest taki dowcip krążący po Internecie w przeróżnych wariantach. Pytają faceta: „Masz dwie możliwości: A. zostać ze swoją żoną na całe życie. Albo B…” i każdy facet bierze w ciemno natychmiast B. Kiedy się z tego zaśmiewam przychodzi mi na myśl, że chyba przerażająca facetów wizja tej cudowności pt. „na całe życie” nie dotyczy jedynie bycia z żoną „na zawsze”, ale też wszystkich związków w domyśle zawartych na czas nieokreślony, które nie mają pomysłu na hodowle motyli w zaciszu swego ogródka.

Jako młody aspirant na podróżnika i z różnym skutkiem czciciel filozofii ZEN wróciłem niedawno z krótkiej pielgrzymki do mini Indii w Polsce, czyli przystanku Woodstock. Nie wiem czy ktokolwiek z Was był kiedyś w miejscu, gdzie jest więcej ton śmieci niż ludzi, ale myślę, że gdyby przepływał tamtędy Ganges to już nikt z tych ludzi nie musiałby nigdy lecieć do Indii by zobaczyć jak tam jest. To magiczne miejsce przez kilka dni pozwalało mi się zajmować wyłącznie kontemplowaniem wewnętrznego spokoju i rozmyślań nad sobą. Do tego byłem bardziej lub mniej niejako przyłączony w ogromnym ścisku do tysięcy braci i sióstr, którzy w tym samym czasie, obok mnie robili dokładnie to samo co ja.

Odkąd przestałem onanizować się sobą, swoją zajebistością, swoją karierą i tym do czego niby „doszedłem” w życiu, zrozumiałem, że najbardziej poza kobiecym ciepłem chciałbym mieć dookoła siebie jedynie zrozumienie, akceptację i szacunek. Odpuszczam już zachwyt. Zrozumiałem, że upokarzają mnie karczemne awantury przeprowadzane przez kobiety z zaskoczenia na mojej osobie pod pretekstem nadmiernego wycieku z nich emocji, nad którym one nie mają podobno żadnej kontroli. Bolą mnie te wieczory, kiedy np. po kilku niebywałych dniach fajności wybucha obok mnie bez ostrzeżenia granat, niszcząc na swojej drodze wszystko łącznie z tym co fajne i nie fajne. Tracę zaufanie i wewnętrzną ufność do takiej formy relacji jak związek na prochu i nieprzewidywalność tej fajności. Boli mnie słuchanie, że „nic się nie stało” po zdeponowaniu bomby i że to tylko emocje były, chwilowa choroba. Mimo, że jestem ogromnym fanem takich chorób, to ciągle nie moje to emocje i nie moja choroba. Wstydzę się za siebie, że podchwytliwie pozwalałem na takie zachowania i mimo, że chciało mi się uciekać nigdzie nie uciekałem. I to jest ten problem. Nie radzę sobie z cudzymi emocjami wylewanymi na mnie niczym kwas solny z dopiskiem „taka już jestem. Pokochaj albo rzuć”. Nie radzę sobie ze zdziwieniem na moją reakcję na te nie-moje emocje, bo przecież nikt nie planował mnie zniszczyć. Bo skoro jestem nieprzemakalny to pewnie też niezniszczalny. A potem, kiedy ucichną działa i zapanuje cisza… wtedy myślę sobie, że chyba już tam na końcu życia nikt na mnie normalny nie czeka, z kim to życie spędzę, poza sobą. Poza mną – tym fajnym gościem, który nie pozwolił sobie na pomiatanie i upokarzanie nawet takie w białych rękawiczkach i z klasą. Bo ja jestem gościem, któremu niczym na filmie o Królu Lwie powtarzali w dzieciństwie – „Pamiętaj kim jesteś”.

Skutkiem tych rozmyślań jest zupełnie nowa myśl zainicjowana po części przez moją koleżankę z Woodstocku, która posłuży za dzisiejszą puentę. Ostatnio szumi mi ona jako całkiem nowa rada, której mogę udzielić wszystkim, którzy myślą o jakimś nowym związku. Przy moim charakterze wyłączam siebie chwilowo z udzielania sobie tej rady. Otóż pamiętajcie – nie przekazujcie nowym partnerom informacji o tym jak dawaliście sobą pomiatać w poprzednich związkach oraz o tym jaką stworzyliście w nich na własne życzenie patologię relacyjną. W ten sposób nie tylko unikniecie pokazywania jak bardzo daliście kiedyś dupy, ale jednocześnie nie zaprogramujecie żadnej nowej, bliskiej Wam osoby na jakieś stare schematy, nijak nie pasujące do Waszych nowych, wymarzonych układów.

19 myśli na temat “7 sierpnia 2019

  1. Każdy związek czegoś nas uczy, partnerzy udzielają nam bolesnych lekcji, jedną z najwazniejszych jest własnie szacunek do samego siebie. Inni tak długo będą nam wchodzić na głowę i przekraczać granicę, aż powiemy stop i postawimy siebie i swoje potrzeby na pierwszym miejscu. Tak to jest egoizm, ale zdrowy i nie wyklucza głębokich uczuciowo relacji. Odkąd to odkryłam jest coraz lepiej, ale to praca nad sobą i swoimi uwarunkowaniami. Tak jak w Twoim tekście – nie podobało ci się, ale nic z tym nie robiłeś, nie uciekałeś choć chciałeś. Pytanie dlaczego ? a potem: po co ? bo zawsze mamy ukryte korzyści z jakiejś sytuacji. Powodzenia !!! Nie jesteś sam 🙂

    1. Tak potwierdzam. Ten „egoizm” w postaci szacunku do samego siebie nie wyklucza głebokich uczuciowo relacji tylko gdzieś jest granica we wchodzeniu na głowę drugiej osobie. Sęk też w tym, że otoczenie często nas traktuje tak jak my sami się traktujemy. Ja od jakiegoś czasu coraz częściej mówię STOP.

  2. Jak schizujesz się kobiecym orgazmem zamiast go zwyczajnie wywołać, to albo masz 20 lat i niezłą wyobraźnię w wymyślaniu tych historii i jeszcze Ci trzeba doświadczenia, albo rzeczywiście lepiej pobądź ze samym sobą. To nic dziwnego, że kobiety chcą orgazmu a dziwne jest to, że w ogóle muszą to jakiemukolwiek facetowi uświadamiać…

    1. Pewnie, że nie dziwne. Każdy chce orgazm tylko na żądanie i na szantaż to tak samo mniej więcej działa fajnie jak Ci kobieta oznajmia, że dziś w nocy to my działamy bo „przecież staramy się o dziecko”. I romantyzm i ciśnienie w instalacji robią sobie wtedy przerwę na papierosa. No nie tędy droga! Apeluję o więcej inteligencji u płci przeciwnej w komunikatach seksualnych… 🚬🚬🚬

      1. Czyli nie dość, że nie wiesz i trzeba Ci o tym powiedzieć, to jeszcze wymagasz obchodzenia jak z jajkiem? Nas kobiet uczy się, żeby mówić wprost, bo podobno nie umiecie czytać między wierszami. A jak się powie wprost, to brak romantyzmu… Jak dla mnie, to pierwsza zasada uważności w związku, dbać o przyjemność partnera.

        1. Bardzo mi się podoba Twoje hedonistyczne podejscie do relacji opatulone płaszczykiem nowo-zasad rodem ze sztuk uważności i fejsbukowego know-howu parapsycholożek od dobrych związków, blogerek udanych relacji i tego typu modnych czarownic. To jest ekstra. Też to lubię. A co jak trafia Ci się egzemplarz kobiety domagający się takiego traktowania oraźmicznego i jeszcze tulenia non stop i ciepła, niedający sam tego samego. Oferujący wymagania wyczytane z tych Twoich zasad, niestety zasad tych nie stosujący. Bo albo są zasady albo jest wybiórczość w nich w zależności od poziomu widzi misie, zmęczenia, nastroju, emocji, niewiadomo czego. Mężczyzna też potrzebuje dokładnie tego samego o czym piszesz – dbania o przyjemność partnera. Potrzebuje też bardzo ciepła i stabilizacji, a nie co chwila rozpierduchy i awantury z dupy wyciągniętej… a potem listy oczekiwań… Wymienisz proszę kolejne zasady? Chętnie je poznam…

          1. Kobieta domagała się traktowania orgaźmicznego?? :))

            A może to co mówię nie wynika z oczytania internetowego, tylko z fantastycznych doświadczeń z facetami? Łatkę mi wystawiłeś, żeby obniżyć wartość moich wypowiedzi?

            Każda relacja ma swoje zasady. Dla mnie istotnymi kwestiami jest uważność, zaangażowanie i zrozumienie/akceptacja. Dziś kobiety są świadome, wiedzą czego chcą. Mówią o złych emocjach. I one są również Twoje, bo będąc w związku masz wpływ na jego atmosferę i to, co się z kobietą dzieje. Kobiety nie wybuchają, bo im hormony skaczą, tylko dlatego, że je coś uwiera. Egoizm jest zdrowy tylko do pewnych granic. Za tą granicą wchodzisz w ignorancję. Chcesz dbania o Ciebie, ale w momencie sprzeczki uważasz, że „to nie są Twoje emocje”. Proponuję zacząć od siebie….

            1. Szantaż brzmi: „nie będzie seksu jak nie będzie gwarancji mojego orgazmu”.

              Myślę, że się nie rozumiemy. Każdy jest właścicielem swoich prywatnych emocji. Jak się nie umie panować nad sobą to czas się nauczyć.

              Emocje wylewane na drugą osobę to terroryzm i przemoc w związku. A również forma tresury drugiego człowieka. Mechanizmu tego używają np. małe dzieci…

  3. A ja myślę, że wyrywasz kawałki z życia i budujesz wokół tego teorie spisku przeciwko własnej osobie. Emocje to może być zwykła złość i można o niej mówić. Szantażem może zostać nazwana próba rozmowy o swoich potrzebach. Wszystko można odwrócić do góry nogami, jeśli nie ma otwartości i rozmowy.

    1. Nie pasuje mi czasem 15%. 85% może być genialne ale co poradzisz, że czujesz smród 15%, które przesłania Ci resztę. Możesz mieszkać w Bieszczadach ale jak masz pod oknem tojtoja to zastanawiasz się jak zlikwidować odór….

      1. A co, jakby skupić się jednak na 85%, które masz niż kontemplować 15%, którego nie masz? Jak będziesz chciał widzieć cudowne widoki Bieszczad, to żaden tojtoj ich nie przesłoni

        1. A co jeśli te 15% to dla mojej potrzeby bezpieczeństwa i stabilności w związku pół podstawy piramidy Maslowa. Bo w tym 15% zawierają się moje wartości takie jak szacunek, lojalność, wierność…

  4. Fajny tekst. Jako kobieta z duuużym stażem w związkach długoterminowych, przepracowanych na terapiach doswiadczyłam na sobie wszystkiego o czym piszesz w obie strony. Wybuchalam i…wracałam do domu z ciągłym pytaniem… będą jeszcze jego rzeczy… byłam wulkanem i żyłam na wulkanie. Po obu stronach.. tylko seks był ważny i był ważny najmniej… Tam gdzie został szacunek i lojalność… tam jest dzisiaj przyjażń.
    Ale najpiękniejszej lekcji udzieliła mi moja babcia. Kiedy po jednej z takich awantur dotarlam do niej o 3 nad ranem w zupełnie innym mieście. Dala mi wiśniówki i zapytała:
    Czy jak on podchodzi do Ciebie, to zapiera Ci dech w piersiach? Czy tesknisz za jego obecnością tak bardzo, że wolisz stać na dworze z parasolem byle by był szybciej obok Ciebie? Czy śmiejesz się z nim i do niego nawet kiedy wkurzy ? Czy z tym właśnie człowiekiem umierać przytulona?
    Czy GO KOCHASZ?
    Tylko te odpowiedzi sa wazne… jesli nie, to poczekaj na swojego człowieka…. reszta nie ma znaczenia
    Tak wiem, nic tu nie ma o orgazmach. Jest mądrość pokolenia, ktore otarlo sie o śmierć bardzo wcześnie, ktore stracilo majątek i nie znało pojecia „samorealizacja”.
    Duzo musialam w sobie przemyśleć i poczuć, zeby przyznać jej racje. Obedrzeć zwiazki z całej tej narośli, gier i zabaw. Zmierzyć sie z prawda „dlaczego z nim jestem”..zyc samej…ale wiem, ze bylo warto….juz znam swojego człowieka 😊

  5. Obserwuje związki i widzę, że często mężczyźni przymykają oczy na ciągle kłótnie, pretensje, kontrolę i fochy i wtedy się zastanawiam czy spotkam kiedyś takiego który nie będzie tolerował takich rzeczy i będzie wymagał szacunku…nie wyobrażam sobie życia z drugim człowiekiem na którego wylewa się wszystkie swoje żale, emocje i niepowodzenia życiowe…dla mnie szacunek to podstawa, ciągle kłótnie i pretensje są tego zaprzeczeniem, więc nie rozumiem mężczyzn, którzy się na to godzą…

Dodaj komentarz