30 lipca 2019

Było niewiele po 21. Podszedłem do kasy i wyrecytowałem z uśmiechem: „Jeden bilet na Woody Allena”. Pani poprosiła o powtórzenie, bo „jeszcze nie spotkała się z takim filmem”. Nabrałem podejrzeń czy oby na pewno jestem we właściwym miejscu. Wzrok tęskniący za Wikipedią oraz nerwowe dłonie majstrowały coś przy klawiaturze dłuższą chwilę, po czym głos triumfalnie oświadczył, że „nie ma dziś takiego filmu”. Zdziwiony zadałem podchwytliwe pytanie: „jakie są dziś możliwe do zobaczenia filmy?”. Jednogłośnie wyrok padł na: „W deszczowy dzień w Nowym Jorku”. – „To ten!” wykrzyknąłem. Usłyszałem na to jedynie skromne „przepraszam, ale ja aż tak w tym nie siedzę”. Co potwierdzam, gdyż pani faktycznie obsługiwała na stojąco.

Chwytałem łapczywie wysublimowane dialogi i zastanawiałem się do czego ten film jest podobny. Znów widziałem mój ukochany Central Park, bramy małego ZOO gdzie kręcili pierwsze sceny „Madagaskaru”, The Metropolitan Museum of Art. Wyobrażałem sobie siebie tam i również, niemal żywcem, dzieliłem rozterki głównego bohatera… bohaterki też zresztą. Widziałem film przez pryzmat problemów ludzi, których wchłania świat, w którym się akurat znajdują, którzy się nim zachłystują, bo jest pełen nowych, fascynujących dla niech postaci, takich na widok których wyszczerzają się im wszystkie zęby jak u konia i nie mają na to wcale dużego wpływu. Równocześnie za diabła nie mają jak wyzwolić się ze swych oczekiwań względem partnera, ani z usidlenia jakie funduje im przygoda o nazwie życie płynące beztrosko obok, dziejące się ja zwykle „na gorąco”. I choć często deklaratywnie ludzie są ze sobą bardzo blisko to jednak los pokazuje im co chwila inne nieodmawialne opcje, którym trudno jest odmówić. Świat, który z przekory zaprasza ich pod swoje skrzydła w parze nie pozwala im na dłuższy bieg ze sobą razem, bo wyświetla im niczym w kinie co rusz inne bardziej kuszące ścieżki. To o czym teraz piszę nie jest jedynie historyjką opowiedzianą przez mistrza nowojorskich historyjek – Woody Allena. To coś nieco głębszego opakowanego w subtelnie wyraziste buźki przerysowanych postaci filmowych. Świat niestałości i nieprzewidywalności relacji, ulotności i trywializacji związków nie jest czymś 90 minutowym wyrwanym z kontekstu naszej rzeczywistości. Nie jest jedynie elementem hollywoodzkiej produkcji, przeintelektualizowanego kina dla wybredniejszych. Te rozterki to dezorientacja nie tylko reżysera i filozofa kina, który ze swojego intelektu uczynił swoją światową markę hipochondrycznego intelektualisty. Opowiedziane przez niego historie, takie jak ta deszczowo-nowojorska, urzekają nas dzięki ich romantycznej uniwersalności wplecionej w magiczną metropolię… Są dalej rozpowszechniane przez nieocenionych klientów biletów, takich jak ja, edukujących powabne kasjerki o jakże perwersyjnie tępym obliczu przywdziewanym niezwłocznie, gdy tylko usłyszą dźwięk tajemniczego nazwiska reżysera. W chwilach styku światów to nazwisko trafia pod strzechy nie zawsze wyszukanych postaci – spotykanych w Kaliszu w kinie, w Wołominie i Pszczynie.

Ten film jest dla mnie genialny dlatego, że nie znajduję w nim cienia naciągactwa. To film o oksymoronach. Nieistniejących bytach jak „normalna dziewczyna” lub „normalny facet”. O zjawiskach, które może istnieją ale jedynie zaszyte głęboko gdzieś w naszych głowach jako wizja i cel oderwany z utopii perfekcyjnego świata, który został nam załadowany dawno temu, w postaci wyidealizowanej legendy rodzinnej. Ile to się człowiek od bliźniego czasem nasłucha o tym jak ten by chciał bardzo spotkać wreszcie normalną dziewczynę lub ktoś inny porządnego męża, a trafił się temu komuś taki wiadomo – popieprzony. Po 10 latach „zmarnowanego” życia z kimś trafiają nam się same oksymorony. „Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu…”. Do czarta nie!… tu nie ma na to miejsca w tym życiu by było sielankowo jak na pocztówce. Tu jest miejsce na fascynujące komplikacje. Naszym celem jest „zmarnować” sobie życie, pokochać nie tego co trzeba i umrzeć. Po drodze dostać po nie zawsze gołej dupie setki razy i tyle samo razy dokonać „złych” wyborów. I pewnie tych „dobrych” też. Za to kocham życie, że jest takie skomplikowane. Za jego nieprzewidywalność i dynamikę. Za to, że można z kimś spędzić sielankowe kilka dni rozmawiając o spędzeniu reszty życia razem, a rozpierniczyć tą chęć podczas paru minut rozmowy w drodze powrotnej od tych kilku sielankowych dni. Można też z kimś pojechać na weekend do Nowego Jorku, a potem świat nigdy nie będzie już taki sam.

Dlatego Drogi Czytelniku jeśli myślisz, że Twoja dziewczyna jest bardziej odlotowa niż statek kosmiczny to powiem Ci Brachu, że z zasady źle myślisz. A jeśli Twój facet jest w Twojej percepcji anielskim misiem to jesteś w tym samym dupnym zadławieniu nie tym co myślisz, że Cię dławi. Pamiętajcie, że my ludzie niczym w biznesie nie kupujemy ani dóbr, ani usług, a jedynie nasze o nich wyobrażenia. Podobnie jest z budowaniem relacji. Łączymy się w pary z naszym wyobrażeniem o drugiej osobie. Niestety ludzie, a doświadczam tego absolutnie na każdym kroku, mają w bolesnej większości wgraną jakąś wyimaginowaną papkę przykrytą pozerstwem i własnym o nas obrazem. Zwalam to na zbyt mocne procesory dane nam przez matkę naturę, zupełnie nieadekwatnie do naszych potrzeb. Myślę, że kompletnie nie radzimy sobie w większości z naszymi mocami przetwórczymi. Skutkiem ubocznym takiego przegrzania bywa pokaźnych rozmiarów fabryka emocji przelewanych tonami na otoczenie. Jesteśmy czasem jak ta elektrownia atomowa. Kiedy rdzeń reaktora się przegrzewa czasem może zacząć się topić. A potem ludzie chodzą z podtopionymi rdzeniami. I może nawet chcielibyśmy to ciepło nasze komuś dostarczać nieustannie, i tylko w dobrej jakości, bo intencje – wiadomo każdy ma niezwykłe i tylko z gruntu dobre, i tak do końca życia na zawsze dostarczać. A potem przychodzi opamiętanie gdy łapiemy się na tym, że „na zawsze” nie istnieje, że topimy nasz rdzeń, kiedy wcale się tego nie spodziewamy. W międzyczasie spotykamy kuszące alternatywy by uciec od tych atomowych wycieków gdzieś daleko, gdzie tylko już pieprz pewnie rośnie. Potem już nic nie jest takie samo i nawet nie jest ważne czy wtedy uciekliśmy… Nigdy.

Odkąd trzy tygodnie temu odwiedziłem paryskie katakumby myślę, że nasze wszystkie problemy na samym końcu sprowadzają się jedynie do bezimiennych kości i czaszek, które po nas zalegają. To dlatego nie należy się w życiu tak bardzo spinać, a jedynie cieszyć się nowymi doświadczeniami i to ile wlezie! Niezależnie od dobrych wiatrów koniec nasz jest wiadomy. Kobiety i układanie z nimi relacji to moja obsesja. Do tego myślę, że każda kobieta, nie tylko biblijna Magda Magdalena, która podobno przez to została świętą, jest na swój sposób ladacznicą. Obserwuję ich zachowania i dochodzę do wniosku, że generowanych przez kobiety liczby problemów przeciętny mężczyzna udźwignąć nie zdoła, nawet na filmie Woody Allena. Nawet gdyby bardzo chciał. I to faceci którzy z tymi problemami wytrzymują powinni zostać świętymi. Wygląda na to, że rezygnując z alternatywy bycia w stanie bezwyrazowego „świętego spokoju” zastaje nas przeważnie wieczny niepokój o to za co nam się już za chwilę oberwie. Mężczyzna jest kobiecie wręcz niezbędny. Jest na pewno więcej niż jej duchowym przewodnikiem, bo tylko on toleruje, wysłuchuje i absorbuje wszelkie pretensje, których adresatem oryginalnym tak naprawdę jest sam Stwórca. I nawet to, że Stwórcy nie ma, nie tłumaczy Go ze scedowania bagna kobiecych żądań, fochów, oczekiwań i rozterek na barki mężczyzn.

Mam taką refleksję, że chyba każdy jest obciążony jakimś defektem budowania relacji. A może jesteśmy niezdolni do budowy relacji jedynie na dłużej, bo na dłużej to już trzeba się za bardzo do kogoś dostosować. Bo na dłużej tracimy intratną alternatywę zbudowania z kimś czegoś na krócej – oczywiście w międzyczasie. A może życie to takie zbieractwo doświadczeń, gdzie naszym zadaniem jest tylko ich doświadczanie jak najwięcej i dodawanie kolejnych? Tak, że gdy zbliżamy się do nieupragnionego stanu bezimiennych kości i czasek, móc sobie powiedzieć: „było warto”.

Nie zdradzę Wam zakończenia filmu. Dla mnie jest absolutnie bombowe. Warto nie wychodzić wcześniej z kina, nawet jak dziewczyna z którą przyszedłeś śmieje się nie w tych momentach co trzeba. Zostańcie do końca, nawet jak zostawiliście w domu włączone żelazko. Prawdziwy Woody Allen w wyrafinowanej odsłonie, podszytej delikatną fabułą, niemal niewidzialną burleską, prosto z najpiękniejszego miasta na świecie. Polecam.

4 myśli na temat “30 lipca 2019

  1. Tym razem, najlepsze co było w twoim wpisie to… Alicja keys… reszta… hmmm mało odkrywcza;)

  2. Hm…. wpisałam w wyszukiwarkę nieprzemakalny pokrowiec na łóżko…. a tutaj niespodzianka….Ciekawe refleksje

Odpowiedz na „Mr of AmericaAnuluj pisanie odpowiedzi