10 lipca 2019

Opierając się całym moim ciałem o dotychczasowe doświadczenia zapieram się tak by od nich nie runąć na twardy beton. Myślę, że pomyślne życie w parze jest możliwe, lecz tylko wtedy gdy jest w imperatywie obojga nieustające dążenie do wewnętrznej równowagi swojej i jednocześnie partnera. Trudno osiągać trzy równowagi na raz, a każda równowaga lub jej brak wpływa jakoś na pozostałe. Często nasze iluzoryczne szczęście oznacza takie sobie szczęście bliskiej nam osoby, iluzoryczne szczęście partnera nasze nieszczęście, a fejsbukowa równowaga w parze może oznaczać zaduch u któregoś z uczestników relacji. Wielowarstwowa harmonia to coś co przypuszczam rzadko nas niestety spotyka. Dla kulturka towarzystwa takiego jak ja i Wy, rajcowny związek to przemożna chęć by zachować własną niezależność jako jednostka i jednocześnie nieprzymuszona wola posiadania umiejętności oddawania pewnej na tyle dużej części tej własnej niezależności, lecz nie całej, na rzecz drugiej osoby. Ważne jest by robić to w taki sposób, aby ta druga osoba czuła się ważna, a Ty żebyś nie czuł się frajerem pozbawiającym się siebie. Jak oddasz z siebie wszystko to zostanie Ci nic. Gdzieś tu trzeba zachować balans.

Polska to wciąż uciążliwe miejsce do życia. Dlatego już kolejny raz w tym roku kilka dni spędziłem rozmyślając na temat relacji międzyludzkich w mieście miłości – która nie zawsze istnieje. Podróże do Paryża w moim przypadku to mieszanka chęci zobaczenia tego czego jeszcze nigdy nie widziałem, czyli czegoś czego praktycznie też już w Paryżu nie ma i dodatku w postaci bezczelnego byczenia się na Polach Marsowych. Ewentualnie pobycia sobie z butelką hiszpańskiego wina nad rzeką niedwuznacznie gapiąc się na ludzi. W Paryżu zaczynam się łapać na tym, że praktycznie co chwila natykam się na coś co już skądś rozpoznaję, a to dlatego, że już to gdzieś widziałem. Wtedy udaję przed samym sobą, że widzę to po raz pierwszy i realizuję przez to wewnętrzną potrzebę nieustającego zachwycania się Paryżem od nowa. Taką mam wkrętkę wyniesioną kiedyś z domu, kiedy będąc jeszcze małym pętakiem stadnie z rodziną oglądaliśmy filmy z ‎Louis de Funès i D’Artagnan. Myślę, że w pewnych miejscach świata jestem sam dla siebie wewnętrznym psychopatą, którego dopada dramat częstego nieznajdowania efektu pierwszego wrażenia, którego naturalnie często już być w moim przypadku w tej inkarnacji nie może. A jeśli tego nie ma, to ja czuję potrzebę tego wykreowania abym mógł poczuć się bardziej spełnionym. Dlatego pewnie najbezpieczniej gapić się na ludzi. Ci zawsze są jakimś elementem świeżości, a przede wszystkim nie są fikcją szytą z głowy.

Gapienie się na ludzi to sport nie dla każdego i nie jest on przeznaczony do uprawiania wszędzie. Potrzeba do tego atmosfery, klimatu i szczypty szaleństwa. Niezależnie od ilości alkoholu zapewniam Was, że jest do kitu, kiedy to robisz w Kutnie, Licheniu lub w Toruniu. W kraju nad Wisłą nie te fale i nie ten francuski ekstrawagancki szyk. Dlatego tak bardzo rajcują mnie ludzie spotykani w Paryżu. Tylko tu tak fantastycznie perwersyjnie kleją się do siebie niemal wszyscy niezależnie od wieku, koloru skóry, a nawet płci i mahometańskich przekonań religijnych. Kiedy tak się na nich gapię to wtedy niezmiennie cholernie im zazdroszczę tego klejenia. I to nie tylko dlatego, że mają do kogo, ale też, że zwyczajnie umieją. Moje myśli zaprząta wtedy natrętne pytanie czy tacy ludzie przeżywają jakiekolwiek problemy relacyjne? Czy ich partnerzy w jakikolwiek sposób próbują ich sobie zawłaszczyć, zagarnąć lub przejąć nad nimi kontrolę? Czy którekolwiek depcze właśnie czyjaś niezależność, pozwalając sobie wkładać łapy tu i ówdzie lub ślinić się tak czy siak do innego cielska? Czy jest może tak, że to tylko moje dotychczasowe związki opierały się na tym rodzaju przemocy emocjonalnej w której jedyne co mi ostatecznie pozostawało to marzyć o harmonijnym zjednoczeniu dwojga ciał z których niestety jedno zajmowało się głównie napieprzaniem mnie o coś zamiast pieprzeniem się ze mną. I nie wierze, że to taka karma. Bardziej myślę ze to jakiś kosmiczny pech tudzież pomyłka astralna.

Myślicie, że jest możliwość osiągania stanów ciągłego nasycania się bliskością kogoś przy jednoczesnym uratowaniu siebie od destrukcyjnych dominujących wpływów tej osoby? Bez przymusu zmiany siebie, po to by dostosować się do wymogów dostawcy usługi ciepła i bliskości w związku. Krzysztof Kieślowski twierdził, że zawsze czymś lub kimś nasiąkamy. Zofia Nałkowska twierdziła, że jest się takim jak miejsce, w którym się jest. A ja myślę, że to mocno przechlapane, kiedy za cenę pierwotnej, animalnej potrzeby przytulenia z drugim człowiekiem dostajesz w pakiecie nasiąknięcie tym człowiekiem często do takiego stopnia, że pod wpływem nowego uczucia jesteś w stanie zaniechać siebie i zaabsorbować jego w sobie bezgranicznie i nie mowie teraz tylko o obcych bakteriach, które kiedyś prędzej czy później gotowe są do Ciebie przyleźć.

Już nie raz wydawało mi się, że byłem o krok od poczucia spełnienia. I króliczek spierniczał – albo go szukałem, przepędzałem albo go goniłem. Zaraz… Korekta. Pierwszą kobietę mojego życia pożegnałem, bo święty by z nią nie wytrzymał. Włączył mi się zawór bezpieczeństwa. Od drugiej kobiety mojego życia uciekłem, bo święty by z nią nie wytrzymał. Tym razem prosto w ramiona trzeciej kobiety mojego życia. A trzecia kobieta mojego życia spieprzyła ode mnie w ramiona kogoś innego, bo święty by z nią nie wytrzymał, ale na moje szczęście wróciła. Koniec moich doświadczeń. Wszystkie inne zaloty oparte o blichtr, pierdoły i tani podryw nie liczą się, bo były zbyt efemeryczne i przez to nazbyt iluzoryczne nawet jak dla mnie.

Oto wnioski: nie jest łatwo budować z kimś trwałych więzi nie tracąc znacznej cząstki własnej autonomii i trochę siebie, zwłaszcza mam na myśli budowanie więzi z atrakcyjnymi kobietami. Swoją droga fajnie jest to tracić w imię zajebistości budowania czegoś razem z kimś zajebistym. A może jest tak, że nie da się inaczej. Straty być muszą. Tylko po co te stresy… Podobno ponoć 80% kobiet żyje w stresie. Reszta to singielki… Co z facetami? Cóż… Radzimy sobie jak możemy!

2 myśli na temat “10 lipca 2019

  1. Chyba nie da się nie nasiaknać kimś z kim się jest. Wydaje mi się, że cała magia polega na tym, żeby nie da się przesiaknac. Nie zamienić się w dublera tej osoby. Jednym słowem: UMIAR. Rezygnacja z siebie na rzecz drugiej osoby to zwykła głupota. Niektórzy twierdzą, że czasem trzeba się poświęcić. Ja uważam, że to kompletna bzdura wymyślona przez ludzi, którzy uzależniają się od innych. Czasem mam wrażenie, że wszędzie ludzie są tacy paryscy tylko nie w Polsce.

Odpowiedz na „MoniaAnuluj pisanie odpowiedzi