24 kwietnia 2019 BIS

Trzeba przyznać jedno – Bangkok jest mocno oryginalny i różnorodny w byciu wielomilionowym siedliskiem ludzkim. Kiedy rano opuściliśmy nasz hotel by sprawdzić jak miasto rozpusty i biedy, znane Polakom doskonale z serialu „Zmiennicy”, wygląda za dnia, jak zwykle dopadł nas przeraźliwy żar lejący się punktowo na nas prosto z nieba. Kierowaliśmy się w stronę płynącej w pobliżu wody o tajemniczej nazwie Menam z nadzieją orzeźwiającej bryzy lub jakiejkolwiek jej namiastki. Gdy dotarliśmy nad rzekę żar uderzył w nas ze zdwojoną siłą. Zresztą już po kilku minutach na słońcu byliśmy niemal pewni, że jedyną rzeczą o której jednak marzyliśmy to nie była żadna cholerna bryza, a bardziej zimne piwo lub masaż stóp w klimatyzowanym pomieszczeniu w zależności od tego, która z tych przyjemności spotka nas jako pierwsza. Mnie osobiście spotkały te rzeczy obie naraz, a do tego dobry lokalny Bóg zesłał mi w gratisie darmowe WiFi by podczas odlotowego masażu móc ucieszyć moich przyjaciół w Polsce nowymi fotkami na Insta, wtedy kiedy będą jechać do pracy. Przy okazji – czy używa się jeszcze słowa „odlotowy” w dzisiejszych czasach? Ostatnio bardzo rzadko je słyszę.

Po doświadczeniach z pogranicza ekstazy na masażu stóp (i tylko stóp) oraz kilku przygodach w taksówkach oficjalnie rezygnuję z nauki tajskiego i to już na pewno do końca życia. Jak będę miał bliższe potrzeby kontaktu z tym językiem zwyczajnie kupię sobie uroczo szczekającego pieska. Za jednym zamachem zdobędę kogoś, kto będzie mnie kochać i przypomni, że zamiast tajskiego wystarczy mi migowy angielski. Nikt nikogo nie rozumie ale każdy się przyjaźnie uśmiecha i jest do tego bardzo wesoło. Tak przy okazji każda kobieta, która mnie zapyta czy może pogłaskać dowie się, że tak może, pieska też…

Po szaleńczych pogoniach tajwańskiego pociągu taksówką, który miał za 4 minuty nam uciec, a nigdzie nie uciekał bo w Bangkoku pociągi wyczuwają, że ktoś je goni i czekają na swoich pasażerów oraz po 50 minutowej nim podróży na oko trzecią klasą na lotnisko, bez okien, jak na filmach kowbojskich, znaleźliśmy się przy lotniskowej odprawie. Lecieliśmy do Malezji. Pierwszy przystanek Kuala Lumpur. Lot AirAsia umilała mi niedawno poznana koleżanka z dalekiej ojczyzny. Zamówiłem na pokładzie kulturalnie English Tea i Vin de France. Płaciliśmy w dolarach amerykańskich, resztę wydawali w bahtach tajskich, za które w Tajlandii jak to mówią Amerykanie możesz sobie kupić mnóstwo niczego, a sam proces przewalutowania trwał niemal w nieskończoność. Pan podał mi z uśmiechem herbatę, wino i już za chwile tego pożałował. Opierniczyła go przy ludziach jego świętojebliwa koleżanka – stewardesa przypominając mu, że przecież jest muzułmaninem, a ja białasem, no a białasom w krajach muzułmańskich wina się nie podaje bo grozi za to jednemu z tajskich lub białych czarnuchów kara śmierci. Niestety odwrócenie tej transakcji z tajskich bahtów na moje rodzime dolary plus pokojowe odebranie mi pysznego wina trwało kolejne pół nieskończoności.

Uważajcie na Kuala Lumpur. To najgłupsze lotnisko świata. Mieliśmy tam przesiadkę do Kuching i żeby móc dostać się na lotniskowy transfer trzeba opuścić lotnisko i wejść tam jeszcze raz. Teoretycznie mówią, że nie trzeba ale lotnisko jest tak oznakowane, że nie wiesz z niego kompletnie nic. Dobre jest tylko to, że masz porządną ścieżkę zdrowia i ważą Ci jeszcze raz walizki by przymknąć oko na sporą nadwagę. Aha jak się mocno spocisz zero browara w poczekalni. Wiadomka „we are Muslim country, Sir…”.

Kuching to w porównaniu z Bangkokiem jak dla mnie jest totalną malezyjską dziurą. Znaleźliśmy się w hotelu gdzieś po północy ich czasu czyli po 18tej naszego. Gorąc wszędzie ale znośny. Za to wilgotność jest tak duża, że mokre masz dosłownie wszystko. Szybki prysznic i ruszyliśmy w miasto. Prawie nigdzie nie przyjmują kart kredytowych więc pierwsze wyzwanie w tym urzekającym miejscu to znaleźć gdzieś bankomat i liczyć na to, że nie buchnie Ci on karty. Fajne jest to, że ich plastikowa waluta, którą nie tak trudno jest ostatecznie zdobyć ma przelicznik mniej więcej 1:1 z PLN. Mniej myślenia w klimacie równikowym to zajebista sprawa.

Kiedy już wypchaliśmy sobie kieszenie tą nową zjawiskową kapuchą pierwsze na co napadliśmy nazywało się Macdonalds, a drugie lokalny bar z oszałamiającą dyskoteką na żywo tuż obok naszego hotelu.

Czuliście się kiedyś jak dealerzy narkotyków wśród ludzi uzależnionych od narkotyków? Ja się tak czułem tylko nie wiedziałem, że to ja jestem narkotykiem i doświadczyłem tego zaraz po wejściu na tą dyskotekę przy naszym hotelu. Pół mieszkańców dyskoteki przylazła nam podać łapę i się z nami przywitać, a druga połowa robiła nam z ukrycia foty azjatyckimi telefonami. Myślę, że podczas uścisków tej nocy udało nam się wymienić wszystkimi bakteriami Malezji i w ramach barteru przekazać lokalnym w darze resztkę naszych bakterii z Polski i jakieś dwa litry potu. W gratisie tej nocy dostałem też dwie propozycje zostania przyjaciółmi na Facebooku z kimś kogo nie kojarzyłem zupełnie, a tymczasem te osoby zachowywały się jakbyśmy właśnie wybierali dla nas na prezent jakiś gadżet erotyczny. Ostatecznie jedną z nich kurtuazyjnie zaakceptowałem zaraz po tym, kiedy wyczułem, że dziewczyna ewidentnie nie chciała ze mną seksu tylko chciała by ta druga była o nią zazdrosna. Dostałem też kilka dolewek piwa od różnych chłopaków, którzy udawali przed swoimi dziewczynami że mnie dobrze znają z jakiegoś oskarowego filmu, widziałem przez chwilę tatuaż na jakimś cycku ale napis był dla mnie kompletnie niezrozumiały, dostałem propozycję zaśpiewania i zatańczenia na scenie z lokalną gwiazdą popu… Był to ten moment kiedy przekonałem się na parę minut jak przejebane mają gwiazdy rocka.

Jednym z pierwszych moich doznań wzrokowych w Malezji były kobiety. Spotkałem tu zupełnie inny typ urody niż w Bangkoku. Niestety jak wiecie gówno wiem o kobietach, a moje wybory kończą się w najlepszym razie psychodramą, więc nie mogę powiedzieć, że jestem znawcą kobiecych typów urody. I lepiej, żeby tak zostało. Dlatego nie powiem Wam czym się te typy różnią. Dobra powiem Wam – jak dla mnie to mają chyba trochę inną szczękę. Za to jestem pewien, że lokalni mężczyźni są tu prawie identycznie szpetni więc na miejscu tych kobiet uciekałbym w poszukiwaniu kogoś ciekawego gdzieś jak najdalej stąd i oby tylko nie w moim kierunku.

Rany, co to była za noc… Pozdrowienia specjalne dla Andżeliki – hybrydzie góry od kobiety z dołem od mężczyzny, o ile dobrze usłyszałem znanej powszechnie jako Antyfuckboy… jeśli coś przekręciłem wybacz Andżela!

3 myśli na temat “24 kwietnia 2019 BIS

  1. Dzięki za mega przekaz z podróży.
    Dzisiaj miałem już blogowy spacer po Krakowie i dwie wycieczki w Ekwadorze.
    Jestem bardzo rad z takich kontaktów

    1. Dzięki! Nadaję z dżungli – walczę z małpami, robalami i brakiem wifi ale za chwilę Singapur 🐒🌴😎

Dodaj komentarz