19 kwietnia 2019

Zauważyłem, że moja erekcja intelektualna najbardziej objawia się podczas zapierniczania autem po autostradzie, idealnie pod osłoną nocy. Gdy nie schodzę poniżej 200 moje myśli pogrążają się w relaksacyjnej zadumie. Wędrują sobie daleko, daleko… Dziś dla przykładu chodziła mi po głowie jedna wyjątkowo natrętna myśl. Była niczym upierdliwa tłusta mucha, którą właśnie obudziła wiosna i której trudno jest się pozbyć. Otóż przypomniało mi się, że podobno „nie może być rozczarowania tam, gdzie nie było głębokiej miłości”. Tak przynajmniej twierdził Martin Luther King Jr. Przypomniało mi się to chyba dlatego bo, gdy myślę o niedawnej przeszłości czuję jakieś rozczarowanie. Coś istniało ekscytującego, czegoś już nie ma, to coś sobie odeszło… Jakiś czas temu próbowałem to analizować od strony tego czy cokolwiek jeszcze czuję w związku z tym czymś. I cholera wyszło mi wtedy, że niestety coś tam jeszcze minimalnie czuję. Do diabła! Tylko nie mam pojęcia co to jest. Z jednej strony próbuję o tym wszystkim zapomnieć. Próbuję zapomnieć o wszystkich kobietach jakie kiedykolwiek spotkałem, a spotkałem je chyba tylko po to by je na końcu stracić. Z drugiej strony męczyło mnie pytanie po co ja je w ogolę do cholery spotkałem? Dumałem co było w nich tak magnetycznego, co na mnie tak działało, że nie tylko leciałem do nich jak ta mucha do gówna, ale też obłędnie wierzyłem, że ten mój lot ma głębszy metafizyczny sens. Kiedy zastanawiam się po co o tym myślę to dopuszczam możliwość, że być może Bóg zsyła mi te myśli o byłych – po to, aby sprawdzić czy aby nie jestem idiotą i czy nie korci mnie, by do którejś z nich wrócić…

A może to nie fizyczność tych kobiet mnie do nich przyciągała? Może to ich inteligencja, która zawsze miała na mnie jakiś taki pornograficzny wpływ. Jak to powiedział Dali: „Kobieta jest boskim źródłem ogłupienia mężczyzny”. Teraz wyczuwam u siebie lekki moment bezsilności – wyjątkowy, kiedy z jednej strony chcę o wszystkim zapomnieć, a z drugiej zastanawiam się co mi łazi po łbie, bo oczywiście zapomnieć nie jest tak prosto. Pewnie gdybym tylko mógł się dobrze przypieprzyć w ten głupi łeb, zapewne zrobiłbym to z chęcią, gdybym tylko miał jakąkolwiek pewność, że ten sposób na mnie zadziała. Bo ja chyba najbardziej na świecie lubię się z dziewczynami przytulać i całować, a najmniej spędzać z nimi czas w kolejce po coś i dzielić jakieś obowiązki.

Uzasadnieniem życia w związku dla kogoś takiego jak ja może być wszystko co w tym związku baśniowe, magiczne i odjazdowe. Może to być alkoholowe love, iskanie jej włosów, wąchanie jej szyi, wspólne jaranie zielska, wyciskanie jej pryszczy, leżenie w krzakach opróżniając kolejne butlę z winem, całowanie się, gapienie się na jakąś rzekę i nie musi to być wcale Sekwana, bo nie miejsce jest tu ważne tylko ja i ona w tym miejscu. Wszystko co ulotne i metafizyczne – to mnie w tym zawszę kręciło. Myślę, że jedni zbierają znaczki, a ja z kolei dziury w mózgu od kontrastowej pustki po tych ulotnych momentach dających życiowego kopa szczęścia, od takich niepowtarzalnych chwil, których już nie ma. Te wszystkie banalne rzeczy tak proste do osiągnięcia, ten psychodeliczny teatr iluzji dwojga ludzi zachłyśniętych sobą w danym momencie szczęścia, ludzi na dopalaczach z oksytocyny, to one sprawiają, że chce mi się znów z kimś być.

Dla przeciwwagi nie mieszczą mi się dziś w głowie zachwyty nad wszelkimi nieprzyjemnymi rzeczami, które są jakże naturalną konsekwencją zwierzęco naiwnego i zboczonego seksu, który może nieopacznie prowadzić do przekazywania gdzieś dalej życia. Upssss… Wypieram dziś ze swojej psychiki istnienie poniżających czynności polegających na zabieraniu kup małym dzieciom i szorowaniu ich obsranych tyłków, staniu w kolejce u Biedry po coś na kolację, bo trzeba coś do gara włożyć, jeżdżeniu do apteki, bo gorączka lub sranie wymiennie z tym co się akurat małemu przydarzy… Sprzątanie, pranie, gotowanie – to nie wymaga bycia w związku. Upieprzać się tym można w samotności nie będąc absolutnie z nikim, bo po co z kimś być by robić coś co będąc singlem zlecasz za kasę komuś innemu? Bo w związku to zlecać trochę jednak nie wypada. Wypada przyjąć całe gówno obowiązków na klatę i pokazać drugiemu, jak się dziś nim ufajdałem. Te wszystkie obowiązki to w czystej formie zabójstwo relacji, killer blasku w oczach, zimna proza, chłód jakiś, a do tego czynności, których wcale nie robisz pod osłoną romantycznych gwiazd. Wszystko to powinno mieć jak dla mnie plakietkę „nie próbuj tego w domu”, a niestety nie ma. Za to jedyne co Ci w oczy może zaświecić zamiast konstelacji romantycznych gwiazd to prymitywna latarka z Lidla, którą kupiłeś dzieciakowi i w sumie wiedziałeś, że gdy się do niej dorwie to nie oszczędzi w swych uciechach nikogo z domowników, nawet jeśli akurat przygotowujesz temu dziecku michę by nie padło Ci z głodu.

Zadziwiające, że to kolektywne, jak najbardziej cenione przez społeczeństwo interdyscyplinarne upierniczanie się kilku osób na wspólnych metrach kwadratowych przestrzeni często wziętej na kredyt – to wszystko nazywa się „święta rodzina”. Te niewyszukane obowiązki mają dorosłą nazwę „miłość”, a kiedy już jesteś na tym etapie przejebania sobie nimi życia, gdy wspominasz dawne chwile, dowiadujesz się, że picie jak kiedyś wina w krzakach nad rzeką może najwyżej otrzymać wdzięczną nazwę „odpierdoliło ci”. Czy dla tych latarkowych chwil rzeczywiście warto z kimś być? Czy jest to ten słynny sens, o którym śnili filozofowie, to spełnienie, którego może zaznać tylko człowiek bardzo „dorosły” i tak bardzo „dojrzały”, że same myśli o jego dojrzałości i powadze odbierają mi uśmiech i rozpieprzają możliwość nierównomiernego rozkładu krwi w organizmie i to już na resztę życia?

Kiedy teraz myślę o sobie to mam wrażenie, że jestem jakimś prototypem, który nie wszedł do seryjnej produkcji. Takim tworem, który nie tylko nie odnalazł się w wyświechtanej definicji rodziny, ale do tego napluł na „święty” kościół, na tysiąc lat pięknej tradycji walki z „herezją”, na „czystość” celibatu, na zajebistość umęczania się, opluł ekstazę palenia na stosie czarownic i molestowania małych chłopców. Na samym końcu taki gość jak ja ma za złe rodzicom, że zaprowadzili go do chrztu i śmieli mieć nadzieję, że się odnajdzie i ogarnie jako godny materiał na męczennika prosto z krzyża zdjętego. Tylko mój odłączony od systemu prototyp mózgu – czyli ja, powiedział pierdolę i nawet nie planował udawać, że ma coś wspólnego z tym krzyżem.

Dziś tak naprawdę poszukuję instrukcji na ustalenie konwencji związku opartego na zasadach, które każdemu w nim przypasują. Konstytucji, która nie pozwoli stronom wyjść z magii naiwnej miłości i fajności, uchronią przed przekraczaniem granic wspólnej agresji nawet jeśli dzień któregokolwiek uczestnika przyszłej mojej relacji był wyjątkowo wkurwiający, a jedyne granice jakie w tym związku mogą jak dla mnie zaistnieć to te wynikające z naszej fizis oraz ewentualnie z reakcji na marihuanę. Niestety im bardziej marzy mi się relacja bez spinki i bez zasad tym bardziej nie wierzę, że istnieją związki jadące na otwartości i akceptacji. Po moich doświadczeniach jestem prawie pewien, że prędzej czy później komuś coś odpierniczy. Wtedy ktoś kogoś np. rzuci, zdradzi lub zniszczy psychicznie, bo po co inaczej…

No właśnie – od siedzenia na polskim zadupiu przychodzą mi do głowy takie oto barbarzyńskie myśli jak wyżej. Wygląda na to, że już nabrałem chęci by wyruszyć gdzieś w drogę. Przecież jest koniec kwietnia, a ja jeszcze nigdzie w kwietniu nie byłem – tak ewidentnie mi od tego siedzenia tu odwala…

7 myśli na temat “19 kwietnia 2019

  1. Nie tylko Mr Of America nie nadaje się do systemu współczesnego, chociaż równolegle funkcjonuje nie jeden inny np. buszmeni z Amazonii czy Afryki, w innym wymiarze czasu może jako możny monarcha byś dał radę; w życiu jak się zdecydujesz na coś to to masz a jak nie to ciągle szukasz kogoś albo miejsca i Cię nosi. Dzieci całe szczęście rosną i o etapie kupek się zapomina, taka biologia! A potem można owszem robić inne rzeczy np. zająć przestrzeń albo olać połówkę i robić co mi się chce, trudno jest o równowagę. W kwietniu byłam na Kasprowym, fajnie tam jest, można spalić twarz w słońcu i widoczki fajne😁 tekst jak zwykle pogratulować!

    1. Rany tak mnie nosi, że aż bilety lotnicze kupiłem 😊 Kasprowy wpisuję na listę w poczekalni! Dzięki!

  2. Człowiek sam jest ślepy.
    Musi mieć wokół siebie lustra albo inne oczy.
    Kocha – to znaczy przygląda się sobie.

    Zbigniew Herbert

  3. „Jeśli będziesz wiecznie oglądać się za plecy wypatrując tego, czego już nie ma, nie dostrzeżesz piękna, które się otwiera (…)”.

    Sentymentalna myśl dla (za bardzo) sentymentalnego faceta 😉

      1. Dobrze jest mieć skrystalizowane poglądy, ale… spróbuj znaleźć w sobie więcej spokoju i pozbądź się tych wszystkich negatywnych emocji 🙂 Trzymam za to kciuki!

Odpowiedz na „Mr of AmericaAnuluj pisanie odpowiedzi