31 marca 2019

Spieszę się Wam pochwalić, iż wczorajszy dzień zaowocował zwiększeniem mej wartości jako człowieka. I nie chodzi mi wcale o abstrakcyjny stan, kiedy po natłoku komplementów od jakiejś uroczej kobiety wzrosło mi nagle poczucie wartości. Nie, w moim przypadku wystarczyło zainwestować w naprawę zęba. Nie potrafię wytłumaczyć jak to się stało, że u mnie jest tak, iż zęby są jakoś szczególnie ważne. Przykładowo ważnym elementem atrakcyjności kobiety są dla mnie jej zdrowe i ładne zęby, a wyznacznikiem początku końca życia jest właśnie ilość własnych zębów. Przeświadczenie, że im mniej mam zębów tym jestem bliżej śmierci towarzyszy mi już od dzieciństwa. Od kilku dni towarzyszy mi jeszcze jedno, nowe – im mniej kobiet w moim życiu tym jestem bliżej życia. Zawsze polecam jakiś licznik u siebie odkryć. Dodatkowym przemyśleniem jest ostatnio myśl, że ze związkami jest czasem niczym z horyzontem. Jest to wyimaginowana linia, która oddala się od nas za każdym razem, kiedy się do niej zbliżamy. Tak też było z moją niedawną wyidealizowaną relacją. Otóż przepadła gdzieś, gdzie zachodzi słońce i parafrazując słowa Bruca Lee mogę dzięki tym okolicznościom od teraz spokojnie skupić się na nieprzegapianiu niebiańskiego blasku księżyca.

Zresztą myślę, że w tych relacjach damsko męskich i tak najgorsza jest dla nas facetów faza tak zaraz po ślubie. Jest taki żart, który mówi, że: „Żenić się trzeba raz na zawsze. Szczególnie, jak się żenisz po raz trzeci”. Nie wiedzieć czemu czas po ślubie to czas, kiedy kobieta zmienia się często nie do poznania dla swojego mężczyzny. Zmienia się, ponieważ ma na nas papier, a na siebie pomysł podparty: umową o zarządzaniu mężczyzną na dożywocie, aktem własności swojego niewolnika, tytułem wykonawczym u komornika, wekslem in blanco, abonamentem na darmowe usługi concierge. Dzięki podpisom w USC mężczyzna staje się jej własnością. Ona teoretycznie też jest jego czysto teoretycznie, bo trudno korzystać z prawa do zarządzania własnością siedząc w małżeńskim pierdlu. Dlatego po ślubie zasadniczo masz dwa wyjścia: albo się do niej dostosujesz albo się do niej dostosujesz. Innego wyjścia nie ma.

Co zrobić by być szczęśliwym w związku nie tracąc własnej tożsamości? Myślę, że jest to stan trudny do osiągnięcia i wymaga by trafić na właściwą kobietę. Do tego nie wystarczy jedynie żyć w zgodzie z własnym JA, ale też koniecznie należy być umiarkowanym i egocentrycznym skurwielem. Kiedy myślę o powodach tego czemu ludzie są nieszczęśliwi to pierwszy jaki mi przychodzi go głowy jest życie w trybie braku spełnienia cudzych oczekiwań. Przecież gdyby nie było tych nieszczęśliwych z nami żon, wymagających od nas uwagi dzieci, natarczywych kochanek, wkurzającego w pracy szefa, całej otoczki, w której statystyczny mężczyzna funkcjonuje i którą własnoręcznie sobie stworzył by szybciej umrzeć pod auspicjami idei przekazania DNA i obsikania swą obecnością terenu, jakiegoś wyższego dobra i jakiejś dobrej wiary czy myślicie, że taki mężczyzna byłby nieszczęśliwy będąc sam ze sobą?

Bo ja myślę, że po obudzeniu się w alternatywnej rzeczywistości ze snu, w którym nie ma koszmarów, obudzilibyśmy się zajadając poranną jajecznicę w spokoju. Potem pomyślelibyśmy co by tu zrobić z resztą tak relaksacyjnie rozpoczętego dnia. Czy takie życie byłby nieszczęśliwe? Czy facet, który nie miałby rodziny tylko żył jak mu się chce do końca życia byłby niespełniony? Ostatnio myślę, że nie. Po co nam życie w stresie i presji nieskończonej liczby oczekiwań. Po co nam te presje nieskończonej liczby kobiet i zbieraniny obcych nam ludzi? Pytanie co w tym całym świecie robimy dla siebie i dlaczego nie za wiele? Wygląda na to, że okłamujemy siebie, a potem kończy nam się doba by móc spełnić te wszystkie misje zlecone nam od świata.

Mój serdeczny przyjaciel ma dość ekscentryczny zwyczaj tłumaczenia mi w trybie ex cathedra swojego dogmatu, że w życiu „baza musi być”. No i właśnie – jeśli by to była prawda to skąd się biorą na świecie rozwody? Kiedyś słyszałem, że główną ich przyczyną są właśnie śluby. A tak naprawdę to na cholerę nam jest ta baza, a za jakiś czas druga i kolejna baza? Jeżeli druga baza konstrukcją i swym funkcjonowaniem nie różni się na końcu od tej pierwszej powtarzając schemat beznadziei, tylko już z inną kobietą w roli kata, to po jakiego grzyba my faceci nie uczymy się na błędach z pierwszej bazy i zakładamy kolejne niemal identyczne? Czy facet to jakiś pieprzony kolonialista, budowniczy baz? O co w tym chodzi? Jest oczywiste, że początki każdego związku zawsze są fajne. Przecież nie poszedłbyś nawet krok dalej, gdyby nie było fajnie. Tylko niestety po fazie jednostki chorobowej o nazwie miłość przeważnie i tak zacznie się jakaś równia pochyła… jak zwykle. A może jest tak jak mówi mój inny kolega: „pipa ma moc”. I dla tej pipy my mężczyźni jesteśmy w stanie zrobić wszystko, niezależnie jak bardzo nieracjonalne to wszystko co mamy do zrobienia jest.

Czy jesteście bardziej zwolennikami teorii, że „baza musi być” czy „pipa ma moc”? A może jest tak, że wcale nie trzeba by była jakakolwiek baza ani to, żeby być pod wpływem czyjejś pipy… Może sami dla siebie możemy stanowić bazę i nie musimy zakładać żadnych kolonii by raczyć się urokami jakiejś kobiety. Na co nam bazy składające się z latających dzieciaków, niezadowolonych kobiet i 70 000 oczekiwań na godzinę? A może te bazy to jakiś schemat społeczny, który został nam wgrany przez stulecia? Może kiedyś, kiedy były wojny, epidemie i wszyscy się napierniczali, bezpieczniej było tworzyć bazę z kobietą po to, bo tak było taniej, bo było schronienie i było do kogo wracać z jakiejś lokalnej wojny.

Czy dzisiejszy świat to nadal świat, w którym warto łączyć się z kimś papierem, który ma moc sprawczą i na samym końcu potrafi Ci maksymalnie ograniczyć i rozpieprzyć szczęście? Niestety jest tak, że kiedy podpiszesz z dziewczyną papier jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że tej dziewczynie znacznie przewróci się w dupie od tego podpisania. Na samym końcu nie jest to już umowa o współpracy, miłości, partnerstwie i przyjaźni, ale staje się ona nieformalnym wypowiedzeniem wojny. Często jest to też stan wojenny z zawieszonym pytaniem czy wyprowadzamy na ulicę czołgi czy będzie tak jak ona chce?

Sam dużo analizuję co wynika z tego, że moje życie prywatne buntuje się przeciw obłudzie. Kiedy człowiek wchodzi w świat ludzi dorosłych rozpoczyna związki w atmosferze niedopuszczania do siebie możliwości błądzenia i porażek. Wkoło latają kolorowe motyle, ktoś gra dużo na skrzypcach, a na wszystko patrzysz przez różowe okulary. Po latach przychodzi refleksja, kiedy często jest już późno. Zaczynam analizować co nie zadziałało u mnie. Zaczynam się też złościć na to, że nie wszystko się udaje i na to, że jest trudno. A może to ja jestem popieprzony, nie ten wgrany nam system. Zastanawia mnie czy ja być może w moich tańcach godowych, obietnicach dla kobiety nie popełniam jakichś grubych błędów… Być może mój sposób tańca zawiera w sobie jakieś wyjątkowe deklaracje, które są na samym końcu błędem nie do naprawienia w późniejszym okresie. Być może coś co mówię i deklaruję kobietom zawiera słowa dające im prawa do przejęcia w przyszłości nade mną kontroli. Pamiętajcie, że wszystko co powiecie zostanie kiedyś wykorzystane przeciwko Wam, a w związku inaczej niż na amerykańskim filmie nie masz prawa milczeć. Niestety, kiedy kobieta poczuje władzę to przegrałeś, a Ciebie już w tym związku praktycznie nie ma na równych prawach.

Dlatego chyba najgorsze co możesz zrobić podczas podrywu to metoda obietnic wyjęta prosto z książki do marketingu. Niestety kobiety pamiętają potem wszystko, nawet to co się jeszcze nie wydarzyło. Jeśli mężczyzna dużo obiecał to znam kobiety, które w duchu potęgi check listy na pewno sprawdzą jak wiele z tego co było mówione potem się materializuje. One mówią sprawdzam i jadą pozycja po pozycji. Kiedy będzie to…, a kiedy będzie tamto? – przecież do cholery obiecałeś. Na samym końcu należy sobie zadać pytanie co dała kobieta, co ona wnosi do tego związku? Dlatego zaczynam mieć powoli wrażenie, że męski taniec godowy jest kompletnie spieprzony gdzieś na poziomie idei. Chyba czas trochę pozmieniać kroki i dobrać inną melodię, a najgorsze co można robić to stosować go bezkrytycznie. Wygląda na to, że my faceci aportem wnosimy do związku absolutnie wszystko łącznie z tysiącem obietnic, tymczasem kobieta aportem wnosi to co ma dla nas najcenniejsze, czyli swoje boskie ciało oraz program check listy.

Myślę, że każdy jednak ma prawo do słabości. Wyrazem takiej słabości mógłby być przycisk „Twardy Reset”. Kiedy się go naciśnie resetujesz wszystko – odchodzisz ze związku, odchodzisz od dziewczyny, żony, zaczynasz od nowa po to by nie zwariować, po to by ratować siebie. Po takim czymś instalujesz swój system operacyjny od początku. A może właśnie najważniejsze na świecie jest umieć znaleźć ten przycisk i mieć jaja by go użyć i nacisnąć. Czasem budzisz się przy swojej kobiecie i zdajesz sobie sprawę, że jest beznadziejnie. A jeśli dożyjesz to za kolejne 20 lat obudzisz się i zdasz sobie sprawę, że jesteś tak samo niezadowolony jak dzisiaj, tylko różnica będzie polegać na tym, że nie będziesz w stanie z tym zrobić już nic. Wtedy będziesz mógł spojrzeć w lustro i powiedzieć sobie najuczciwiej jak się da: „zjebałem to życie”. Pewnie nie w taki sposób jak chciałem je przeżyłem, bo nie żyłem ani dla siebie ani w zgodzie ze sobą.

Chyba najfajniejsze po resecie jest to, że nagle twój świat znacznie się powiększa. Otwierają się nam możliwości, których dotychczas nie widzieliśmy. Zaczynamy oddychać pełną piersią. Niestety nadal nie ma instrukcji i jedyne co możemy to iść przez życie metodą prób i błędów. Tak długo jak wyciągamy wnioski z tych błędów, tak długo uczymy się szukać własnego szczęścia na własnych warunkach.

Najciekawszym odkryciem ostatnich dni jest u mnie paradoks rewelacyjności bycia sam ze sobą. Im jestem dalej od starań o jakiś związek z kobietą tym, jestem szczęśliwszy i spokojniejszy wewnętrznie. Gdybym jeszcze tylko wierzył w Boga lub jego ziemskich ambasadorów na planecie Ziemia… pewnie nie omieszkałbym podziękować za to co się u mnie dzieje Chrystusowi Wiecznie Prawiczkowi lub Maryi Wiecznie Dziewicy. Jest tylko mały problem – z uwagi na to, że nie wierzę ani w bohaterów biblijnych ani alicjowychzkrainyczarów tym razem jestem zmuszony podziękować za to osiągnięcie spokoju już tylko i wyłącznie sobie. Zatem dziękuję JAiMnie!

27 myśli na temat “31 marca 2019

  1. A wiesz, że ja też tak mam? Co prawda nie składałam żadnych obietnic, ani też nie wierzylam żadnym, ale zawsze po legalizacji związku zaczynałam sie zastanawiać, na cholerę mi byl ten buc? Zawsze podejrzewałam ze mam sporo z faceta. Myślenie na przykład.

      1. Ten co wymyśliłby sposób, byłby pewnie bogaczem… 😉
        Sama chciałabym wiedzieć… A póki co, życie w zgodzie ze sobą, zaopiekowanie się sobą, pobycie ze sobą, wsłuchanie w siebie. Po rozstaniu dobrze jest pobyć jakiś czas z JA.
        I nie tracić nadziei, że kiedyś spotkamy swoją igłę w tym stogu 🙂

        1. Ja to mam nadzieję, że mnie nie będzie już więcej korcić ani chcieć szukać, ani zabiegać, ani dążyć, ani namawiać, ani kochać. Tak jest dużo spokojniej 😎

          1. Mamy jednak naturę stadną i ona kiedyś wylezie…

            Też tak sobie myślę, po co mi związek i te wszystkie kłopoty, które mogą się pojawić, nie lepiej mieć święty spokój….? Ale gdzieś pod tym mogą kryć się lęki, przekonania, np. „nie nadaję się do związku”. I może to sygnał, by popracować nad związkiem ze sobą, swoimi przekonaniami, które zamiast nas wspierać, hamują…

              1. Może właśnie dlatego, że tak żył człowiek pierwotny. Bo bezpieczniej, bo przedłużenie gatunku, bo potrzeba zaspokojenia różnych potrzeb. Mamy to zakodowane…?

                  1. Powodzenia! 🙂 Mission imposible, powiedziałabym z własnego doświadczenia 😉

                    Jak odkodowanie nie da rady, może warto by się przyjrzeć kobietom, które wybierasz, czy też które wybierały Ciebie, może mają coś wspólnego i może wystarczy przełamać jakiś wzorzec. Taka luźna myśl… 😉

                    1. Przygotowuję pełną analizę od matki po ostatnią kobietę. Jest wiele analogii… może uda mi się dzięki temu złamać kod o co w tym chodzi…

  2. No z tego co piszesz Twoje dotychczasowe związki wyglądały podobnie. Mam wrażenie, że na początku znajomości poddajesz się kobietom, dostosowujesz…Odnośnie obietnic, to może własnie chcąc je na siłę uszczęśliwić,utrzymać przy sobie, obiecujesz za dużo, nie do końca tego chcąc Taki sposób działania prędzej czy później grozi katastrofą Więcej wiary w siebie, następnym razem jak się zauroczysz bądź sobą:) mów i rób to co rzeczywiście chcesz…Jeśli kobieta będzie dla Ciebie to zaakceptuje Cię takiego jakim jesteś, a jeśli nie…to lepiej żeby rozbieżności wyszły jak najprędzej;)

  3. Lepiej późno niż wcale;) Mam nadzieję, że tym razem wytrwasz w tym postanowieniu:) Jak się kogoś kocha, to się go akceptuje i nie próbuje zmieniać:) Tylko najpierw trzeba dać się poznać takim jakim jesteśmy:) Trzymam kciuki!!!!

  4. Pro-tip: jeśli nie chcesz, by znów było źle-jak-kiedyś, nie wracaj, do tego, co było 🙂 (=byłych).
    Z gorącym pozdrowieniem dla Zet, tak na serio, czego sie spodziewałeś?
    Otwórz się na nowe, na pewno nadejdzie.

  5. Czytajac Twoj tekst az mi sie przypomnialy slowa kiedys wypowiedziane przez moja przyjaciolke „méżczyzni kochaja oczami, a kobiety uszami. ” 🙂 Sporo w tym prawdy 😉

    1. @EL ja nie jestem pewien czy wszyscy tak mają. Mnie np. bardzo pociągają u kobiet emocje niezależnie od urody. Myślę, że rajcuje mnie psychika i mózg kobiety nawet jeśli jej mózg ma akurat tryb „to skomplikowane”…

      1. Super 🙂 Pewnie,ze nie mozna generalizowac, bo kazdy z nas jest inny i na co innego zwraca uwage u potencjalnego partnera 🙂 Ale mysle ,ze te slowa ktore zacytowalam maja spore odniesienie do poczatkow znajomosci i sie zgadzaja z tym co ty napisales wyzej odnosnie kobiet,ze odhaczaja i sprawdzaja czy to co powiesz na poczatku znajomosci ma pokrycie pozniej 😉

Odpowiedz na „ulotnechwile870674553Anuluj pisanie odpowiedzi