22 lutego 2019

William Shakespeare pisał: „Nasza szczęśliwa gromada, nasza kompania braci. Bo ten, kto dziś ze mną krew przelewa, będzie mi bratem”. Przez wiele lat wierzyłem, że ten fajny tekst odnosi się do drużyn w firmach, korporacjach, do relacji w zespołach, do budowania poczucia jedności w stadach ludzi. Ostatnio myślę, że angielski wieszcz nie pisał o żadnych symbolicznych krwiach i barwnych motywacyjnych wyzwaniach tylko o prawdziwych grupowych napieprzaniach, o bezlitosnych wojnach.

Dzisiejszy dzień zaczął się od tego, że zadzwonił do mnie na telefon stacjonarny mój szef w godzinach pracy i zapytał, gdzie jestem. Chyba się zdziwił, że nie na dyskotece, a mnie przez chwilę cisnęła się na usta taka właśnie odpowiedź. Potem zdążył mnie opierniczyć, że w kwestii firmowego prawnika użyłem stwierdzenia „mój prawnik”, bo przecież prawnik nie jest mój, a w kwestii nie mojego zespołu użyłem konstrukcji „twój zespół”, bo nie zgadłem, że to jest nasz zespół – czyli tak naprawdę nie wiadomo czyj. Następnie objechał mnie, że w tabelce dotyczącej wszechświatowych problemów nie było nazwiska osoby odpowiedzialnej za te problemy, tylko dział, który się tym zajmuje, więc nie wiadomo kogo dokładnie za te problemy zniszczyć. Tym sposobem na wszelki wypadek tonę cudzych rzygów przelał na mnie. Miał przecież do tego prawo, bo nie nikt inny tylko mój dział przygotowuje mu taką beznadziejną tabelkę, którą sobie on we własnej osobie w dokładnie tak pomysłowej wersji zamówił, takiej by nic z niej nie wynikało i można się było na kimś potem do woli wyżyć. W sumie to też nie wiem, czy to jest mój dział, bo w atmosferze nowo-korpo-socjalizmu może on jest nie mój tylko nasz… A na końcu dnia dostałem zapytanie od prezesa czy to, że zaprosiłem go na konferencję z kilkoma innymi ludźmi w temacie, którego nie da się rozwiązać od kilku lat to wyścig zbrojeń czy demonstracja siły. Po tych wszystkich wymianach uprzejmości i naklejania mi gęby rodem z pewnego dzieła Gombrowicza, pozostało mi już tylko umówić się do dentysty na wprawienie paru zębów, gdyż wszystkich z podłogi nie udało mi się w tym stresie i amoku pozbierać.

Są czasem chwile w życiu człowieka, kiedy ma się dość. Niestety dziś osiągnąłem ten właśnie poziom zadowolenia z pracy. Kiedy obrzucają nas gównem jedni zwiewają, inni zostają. Tak długo jak dobrze mi płacą będę obserwował jak porcja codziennych fekaliów jest mi w stanie nie tylko zepsuć nastrój w pracy, ale będę pogodzony, że zawszę dostanę ich też troszkę na wynos wychodząc z firmy. To na bank da mi pewien rodzaj swoistego energetycznego antykopa, przywiązania do zapachu pracy, egzystencjalnego smutku o nazwie „co ja do cholery tu robię”, który trzymać mnie zapewne będzie do końca dnia, a może i jeszcze dłużej. Wiecznie jakiś stan wojny z kimś lub czymś chyba jest mi już w tym życiu na dobre pisany. To nic, że nieuchronnie prowadzi on do wyniszczenia wszystkich. Nawet Hitler nie dał rady na dwóch frontach na raz. To też zmusza mnie by już od rana decydować czy danego dnia bardziej pasuje mi nawalać się z kimś służbowo, czy lepiej prywatnie – z jakąś kobietą. Jeśli odpowiem na ogień i tu, i tu równolegle, jestem prawie pewien, że zginę z kretesem. Niestety problem polega na tym, że nigdy nie wiadomo co człowieka akurat danego dnia odwiedzi niezależnie od tego, ile słoneczka zaklinałby od rana, że chce spotkać. W takich chwilach marzy mi się plantacja blantów na Jamajce. Skromność właściwie nie jest moją specjalnością, ale tak myślę, że do tych blantów przydałaby mi się jeszcze jakaś super plaża i może bar z drinkami na tej plaży… no i obowiązkowo jakieś kobiety w bikini, aby stworzyć pozory luksusu, dodać jakąś intrygę, w którą dam się uwikłać, a która miejmy nadzieję przybierze z czasem postać jakiejś taniej tragedii antycznej. W końcu na co komu marzenia i sielanka na słoneczku, kiedy nie zapraszasz do nich ryzyka dostania od którejś z kobiet butem po łbie.

Co się dzieje z tym cholernym światem. Skąd się bierze tyle agresji? Od najwcześniejszego dzieciństwa błąka mi się po głowie myśl, że to jest jakaś pomyłka by reagować agresją, że przecież ja jestem za miłością i pokojem na świecie. Na cholerę chodzimy do pracy, żeby użerać się z bałwanami, którzy, gdy nas widzą mają bankowo na nasz temat równie wysokie mniemanie. A wszystko to przez to, że harujemy całe dnie by zarobić na niepotrzebne nam badziewia. Myślę, że to może być wina telewizji i filmów, którymi byliśmy karmieni w dzieciństwie. To ona i one wychowały nas w wierze, że będziemy kiedyś milionerami. Niestety na końcu, kiedy okazuje się, że jesteśmy jedynie pieprzonym trybikiem w maszynce do robienia hajsu dla kogoś innego. A potem nie tylko nie stajemy się tym odkryciem bardziej zmotywowani, ale najzwyczajniej zaczynamy być wszyscy bardzo wkurwieni.

Chyba dochodzi do mnie, że czas realizować strategię by zająć się wreszcie własnym interesem i postawić na siebie, zamiast tkwić w oparach korporacyjnych absurdów u kogoś. Pomysł na zajmowanie się moim interesem jest w miarę prosty. Codzienne wysypianie się do oporu, co bezpośrednio przełoży się na wywalenie z życia wszelkich budzików, doskonałej jakości kawa z rana, picie jej na balkonie z widokiem na ciepły ocean, następnie jogging po bulwarze wzdłuż oceanu na słoneczku, przed południem prysznic lub kąpiel w basenie, a następnie zejście na śniadanie do jednej z kilku kafejek. Tam, na słoneczku będę miał za zadanie pożarcie czegoś wykwintnie delikatnego, a w międzyczasie towarzyszyć mi będzie lektura kilku inspirujących stron Sartre’a, tak aby nie wyjść z intelektualnej wprawy. A to byłby jedynie mój starter. Tak celowo nie wspomniałem nic na temat porannego seksu, ale niestety moja wyobraźnia na dziś całkowicie nie jest w mocy określić z kim rano poza sobą w tych rajskich i beztroskich warunkach będę się budzić. Myślę, że na wszelki wypadek w tych sprawach celować będę jak zwykle w księżyc, gdyż jeśli nie trafię, przynajmniej będę między gwiazdami.

Niestety rzeczywistość jest brutalna. Znów otwieram w niej oczy i czuję jak nadal moje ciało chłonie po doświadczeniach z korpo-stresem. Potem patrzę na wskaźnik mojej baterii. Jest na wyczerpaniu. Jestem pewien, że jeśli w najbliższych kilku dniach nie uda mi się salwować nigdzie ucieczką przy pomocy Ryanaira będzie ze mną w najlepszym razie bardzo źle. Zatem mile widziane będą wszelkie Wasze inspiracje na weekend…

3 myśli na temat “22 lutego 2019

  1. Moje trzy ulubione rzeczy w pracy: wypłata, urlop i weekend. Przedstawiłam mój punkt widzenia poprzedniemu kierownikowi, najpierw się pokrzywił ale na stwierdzenie „No co? Może mi teraz powiesz że ty nie masz tak samo i siedziałbyś tu nawet jakby nie płacili, z miłości do pracy??” przyznał rację… 😜

  2. Bardzo Ci współczuję korporacyjnego życia… moja przyjaciółka po 20 latach w korpo wylądowała na l4 z depresją, hashimoto i jeszcze innymi „moto”;)
    Nie mniej jednak, własny biznes postrzega się jako wybawienie z tych korporacyjnych kleszczy. I tu trochę szczerości… otóż, o ile w korpo musisz użerać się z kilkoma bałwanki, to jako właściciel własnej firmy będziesz musiał zmierzyć się z całą armią bałwanów: klientów, pracowników oraz pracowników i szefów firm wspolpracujących;)
    Niestety… urlopu płatnego nie będzie, angina potrwa góra 2 dni, rekonwalescencja po szpitalu może trzy… I to dni nie płatne 80%…
    No nie ma przebacz;) ok, będziesz panem samego siebie, ale dopiero przekonasz się, co to znaczy mieć zobowiązania, budować strategię, podejmować decyzje i ponosić ich konsekwencje. Czasem bolesne. Będziesz pracować 24/h, wiecznie na standbaju…
    Plaża, blaty, drinki, laski w bikini??? No rozmarzyłeś się;)))) taaa może kiedyś;) na emeryturze, jak dozyjesz;)
    Inspiracje na weekend? No cóż…
    Ryanair i Barcelona, ewentualnie IC i Kraków,
    Jeśli na miejscu to długi spacer z psem ( ostatnio mój ulubiony ze względu na fajną pogodę i fakt posiadania psa;)))
    A jeśli chcesz mocnych wrażeń, to zapraszam , potrzebuje opieki na weekend do mojej trójki dzieci, psa oraz kota, bo sama mam straszną chęć wyrwać się na weekend gdzieś… ;))) bez moich ogonów;)))

  3. Stary, jesteś zwyczajną dziwką, ktora dla kasy zniesie wszystko – Twoje słowa:

    „Tak długo jak dobrze mi płacą będę obserwował jak porcja codziennych fekaliów jest mi w stanie nie tylko zepsuć nastrój w pracy, ale będę pogodzony, że zawszę dostanę ich też troszkę na wynos wychodząc z firmy”

    Jak Ci źle, to po co w tym tkwisz?
    Kto Ci broni odejść z korpo?

    Jesteś wolym człowiekiem, możesz odejść w każdej chwili. Ale nie przeszkadza Ci tkwienie w gównie… o ile Ci dobrze za to zapłacą.

    Jesteś żałosny.

Odpowiedz na „AniaAnuluj pisanie odpowiedzi