5 lutego 2019

Jestem szalony. Zawsze byłem szalony i to dla mnie żadna nowość. Czasem patrzę na siebie z oddali. Zastanawiam się wtedy czy widzę tego samego człowieka, którego znałem z dziecięcego lustra czasu mojej pierwszej młodości – 10, 20, 30 lat temu. Pewnie gdzieś pod skórą bije we mnie serce tamtego naiwnego chłopca, tylko przez lata kontekst mojego jestestwa oraz sytuacja znacznie się zmieniły. Czy to, że mam kilkadziesiąt lat oznacza, że powinienem zachowywać się jakbym miał sto kilkadziesiąt lat? Znam moich rówieśników tak śmiertelnie poważnych, że kiedyś, gdy będę umierał zaproszę ich z chęcią na mój pogrzeb… albo może lepiej nie. Polecę im pogrzeb kogoś innego, bo jeszcze mi goście na ostatniej imprezie popadają z nudów i pani mojego życia, będzie miała z tego niezłą hecę.

W ogóle to jak powinien zachowywać się taki ktoś jak ja? Czy mam kopiować rówieśników, moich smutnych szefów, mojego ojca, którego pamiętam już z okresu, kiedy był w moim wieku i nie potrafił wzbić się na poziom nawet minimum szaleństwa? W jednym zawsze mogłem polegać na moim ojcu, a mianowicie na tym, że nie mogłem na nim szczególnie polegać. A może mojego dziadka – tego, który prowadzał mnie dumny do gospody, aby w oparach papierosowego dymu chwalić się mną swoim zawianym kumplom, albo mojego drugiego dziadka, który przemycał mnie do pracy przez okno, aby podrywać na mnie swoje sekretarki, a może Johna Lennona, którym pośmiertnie pasjonowałem się od dzieciństwa i który był dla mnie większą inspiracją niż ktokolwiek z żywych, kogo znałem… A jeśli dorosłość to coś o czym trzeba gdzieś poczytać by dowiedzieć się co wypada przy moim przebiegu i wieku, na temat czego warto poszukać inspiracji na filmach o staruchach lub super bohaterach? Nigdy nie prosiłem się ani o życie, ani koniec dzieciństwa, ani o tą cholerną dorosłość. Czy myślicie, że ktokolwiek się prosił o te wszystkie poligony i doświadczenia? Czy nie lepiej by mi było zostać do końca życia królem w ogrodzie moich dziadków, którzy wychowywali mnie na młodego królewicza, którym faktycznie zostałem już zaraz po urodzeniu. Na dworze króla mojego dziadka i królowej mojej babci nie było trosk i nigdy mi niczego nie brakowało. A potem przyszły pierwsze obowiązki w postaci przedszkola, szkoły i lekcji. Wstawania z wyra na określoną godzinę, muszenia czegoś, robienia czegoś, bo jakiś system tak każe, tego by bywać na zawołanie w określonym miejscu, by żyć w rytmie tygodnia, planu lekcji, przerw w szkole, dnia, nocy, posiłków i konwenansów uczonych mnie przez rodziców. Tylko po co?

Pół życia dostawałem po dupie za bycie sobą. Uciekałem z lekcji i ze szkoły. Uciekałem od kretynów, którzy mnie nie rozumieli i zrozumieć ani nie chcieli, ani nie umieli. Do dziś nie udało mi się do niczego w pełni dostosować. Nie dalej jak wczoraj szczypałem się niedowierzając, stojąc na światłach i myśląc o tym czy to cholerne czerwone jest po coś i czy aby na bank dla mnie, bo nie zrozumiałem czemu służy czekanie na zielone przy pustej w nocy jezdni. Zasady, których „trzeba” przestrzegać w imię zasad, których trzeba przestrzegać. Nie potrafię wytłumaczyć czemu miałbym komuś być powolny – bo ten ktoś jest starszy? Bo myśli, że jest ode mnie mądrzejszy, czy wie to na pewno? Bo może ktoś mi płaci by mieć nade mną władzę? Bo inni debile, którym płacą zrobili kogoś całkiem przypadkowego moim szefem lub nauczycielem? Bo ktoś mnie spłodził i rości sobie prawo do władzy nade mną? Powolności względem drugiego człowieka nie udało się nikomu we mnie ukształtować ani na apelach, ani lekcjach wychowawczych w szkole, ani na podwórku przy trzepaku, ani potem przy udziale zastępów nowych często zidiociałych wychowawców. Nie słuchałem się notorycznie nikogo. Pewnie kiepsko przez to słucham się dziś kobiet. Nie dlatego, że nie chcę lub nie chciałem. Ja zwyczajnie nigdy nie umiałem. Pamiętam wyraziście wiele sytuacji prób budowania autorytetu innych ludzi u mnie już we wczesnym dzieciństwie. Był dyrektor szkoły ciągnący mnie za włosy i za ucho. Była pani krzycząca na forum klasy obelgi z moim nazwiskiem i plakietką antyspołeczny. Była moja dziesięcioletnia ręka, którą podnosiłem w geście sprzeciwu twierdząca, że mogę przystać na aspołeczny, bo do poziomu anty jeszcze mnie nie doprowadziła, były dzienniczki z uwagami i mama na dywanikach szkolnych no i byłem ja. To było w czasach Sex Pistols i „Anarchy in the UK”. Mały Sid Vicious to byłem trochę ja. Tylko już wtedy miałem finezję, żeby chcieć żyć kapkę dłużej od niego. Nie nabyłem nigdy poziomu jego obłędu, bo nie wszedłem w żadne wzmacniacze sygnału z kosmosu. Urodziłem się tego samego dnia co Marcin Luter, mam w sobie jego bunt, ale wolałbym mieć jaja jak Wilk z Wall Street niż ten stary mnich. A dziś to jestem nadal ja. Tylko lustro się zmieniło. Często gęsto znów jestem ja sam przeciw głupiemu światu. Sam przeciw kobietom lub z kobietami, które kiedyś kochałem lub tymi, które dziś kocham nad życie i walczę z losem i sobą by umieć z nimi coś budować. Bo bardzo chcę. Ale jestem cholernie trudny w obejściu i skomplikowany. Tylko staram się jak mogę. Mam jak u Picassa okres niebieski i różowy – już za sobą. Pierdzielony kubizm życia został. Puzzle, które czasem ni cholery do siebie nie pasują. Więc wciskam jak się dają. Ucho jedno tam, gdzie nos. Oczy na policzkach. Nie wszystko z tej samej drukarni.

Dziś nie wypada mi być małym chłopcem. Wygląda na to, że wypada mi chodzić do pracy i rozmawiać z półgłówkami grając w jakimś teatrzyku, w rywalizacji o to kto komu dupę wyliże. A chętnych jest wielu… Ja dziś nie ogarniam prostych zależności. Nie trybię na zawołanie ani motywu z lizaniem, ani z pracowaniem. Nie kumam czaczy, że trzeba być szczęśliwym szukając tego szczęścia w zupie po przyjściu do domu. Ale staram się… tylko mam świadomość, że mogę czasem być słabym Bolkiem. Bo od jakiegoś czasu odkryłem nowość, że można sobie dawać do tego prawo. Mam chęć wtedy wtulić się w ramiona kobiety i odzyskać przy niej siłę do dalszego lotu. Jak to cholernie dobrze jest gdzieś niedaleko mieć odpowiednią kobietę. Mimo tylu upadków i zaułków jestem pewien, że nawet znam jej imię!

Jestem przykładem dziwaka, który z mlekiem matki wyssał postawę by nigdy nie prosić o pomoc, nigdy się nie poddawać, mieć dumę i zawsze zwyciężać. I chyba niestety od tego już z dobry raz w życiu poległem. Formuła sprawdza się tylko w pracy. W prawdziwym życiu, gdy używam bezmyślnie ten nawyk-automat, pokonuję się dużo częściej niż cokolwiek zwyciężam. Kiedy cytuję Churchilla, że „sukces to przechodzenie od porażki do porażki bez utraty entuzjazmu”, jestem pewien, że niestety stary wyga Winston kompletnie się wykłada na takich jak ja. Takich, u których bywa tak, że schematu na szczęście jednak w życiu gdzieś brak. Bo jak w dorosłym życiu masz wgrany obcy model zachowań poznany w dzieciństwie, to nie masz już wiele miejsca na autorskie pomysły na swoje własne życie. Chyba dopiero kiedy realizujesz tylko i wyłącznie swój własny plan, przestajesz być w beznadziejnym programie rodziców i wchodzisz we własną artystyczną bajkę życiową. Oby w tym artyzmie trafiał już mi się teraz tylko Van Gogh lub Velázquez… Za dużo było Pollocka i Dalego, a z nimi na dłuższą metę nie szło nic tylko zwariować.

Jeśli po latach wszystkich tych doświadczeń ogarniacie swoje życie bez terapii to wielki szacun…

19 myśli na temat “5 lutego 2019

  1. Myślę, że dorosłość nie wyklucza szaleństwa;) a cóż obowiązki…niestety tak jest skonstruowany ten świat…ten schemat jest trudny do pokonania Można jednak walczyć na tyle na ile się da:) Najlepiej mieć pracę, która jest pasją, ale chyba nawet artyści, sportowcy też są ograniczeni pewnymi schematami i ludźmi…
    PS. Czyżby „mimo tylu upadków i zaułków” historia Twoja i Zet zakończyła się happy endem?:)

    1. Historia się jeszcze nie skończyła ale faktycznie w zaułkach ostatnio mocno świeci słoneczko… ☀️

  2. To jak już oboje się oczyściliście i tego chcecie, to nie ma co tracić czasu:) Trochę szaleństwa, nie ma co się zastanawiać:) Życie jest za krótkie, szkoda każdego dnia 🙂

  3. Żebym tak umiała nie wtrącać swoich trzech groszy… 😜
    Przesłanie na dziś- Nie jesteśmy swoimi rodzicami. Nie musimy popełniać ich błędów, żyć jak oni. Swoich własnych popełniamy wystarczająco dużo, nieprawdaż? 😉
    Moja mama często powtarza że byłabym dobrym psychologiem… I o dziwo, teraz widzę że chyba coś w tym jest. A może mi się wydaje. Albo co najbardziej prawdopodobne- Jestem Dziwna, więc szybko wyłapuje anomalie.
    Uciekłam myślami ciut za daleko. Wracając na ziemie do tu i teraz… Bez słońca nie ma życia na planecie. To dobrze że twoje zaświeciło jaśniej i oby już chmury je omijały.

          1. Można się dowiedzieć co daje radość i co nie daje radości. A potem wybrać to co daje radość minimalizując to negatywne efekty tego drugiego. Nie ma tu żadnego dopięcia. Jedynie weryfikacja strategii życia.

  4. Ooo… zrobiło się ciekawie;)
    Tylko proszę Cię… nie uderzaj więcej w nutę, że z kopciuszka zrobiłeś księżniczkę…
    Ona to OSOBA taka jak Ty….

    1. Obiecuję… słabe to z perspektywy było. Podobieństwa między nami duże… przyznaję.

  5. Mhhhh teraz tak pomyślałam…Kobietami, które kocham? Jestem pewny, że znam jej imię?
    Czyżby w grę wchodziła inna kobieta… Czy to już moja nadinterpretacja?….;) i skłonność do pikanterii 😉

  6. Oprócz skłonności do pikanterii, niestety też mam skłonność do „łapania za słówka” 😉
    Historia tylko Ty + Zet = słoneczko 🙂
    Zrozumiałam,
    jednak pierwsze wrażenie najważniejsze, nie ma co szukać drugiego dna:)

      1. Nie zrozumiałam Twojej odpowiedzi…;) Facet z jednym dnem…?
        Mi chodziło o to, że pierwszy raz czytając zrozumiałam, a po analizie dorobiłam historię 😉 Szukałam drugiego dna…;)

        1. Ja to mam maksymalnie jedno dno, a czasem bywam też denny lub bez dna. Dwa dna to już poza moją skalą… 😉

Odpowiedz na „BasiaAnuluj pisanie odpowiedzi