5 stycznia 2019

Kalimera Czytelnicy!

Pozdrawiam z miasta Peryklesa nazwanego na cześć bogini Ateny, najpiękniejszego w całym antycznym świecie. Wywiał mnie tu smród świeżo prażonych w ojczyźnie śmieci i początek dołu psychicznego, którego ewolucji wolałem uniknąć po powrocie z rozrywkowej i koszernej Ziemi Świętej.

Z ubolewaniem niedawno zauważam, iż niestety jest grupa ludzi, która uważa, że jestem pieprznięty, bo nie potrafię usiedzieć na dupie w jednym miejscu tak jak oni. Ale co z tego? W sumie mogę się z nimi zgadzić jeśli komuś to sprawi jakąś radość. Wróciłem z Bliskiego Wschodu rozmontowany duchowo. Szukałem Boga w biblijnych miejscach, tam, gdzie dzieci Izraela uciekały z domu niewoli, zajadając po drodze smażone krewetki i ośmiorniczki, kiedy Mojżesz otworzył im pasaż przez Morze Czerwone. Szukałem Boga na pustyni Negew oraz w świętych miejscach, w których rodzili się i zmartwychwstawali mesjasze. Szukałem go w muzułmański piątek, w szabatową sobotę i w katolicką niedzielę po całej hedonistycznej Jerozolimie.

Szukałem go tam wszędzie, a czułem jego obecność raz tylko przez chwilę pod starą ścianą wypełnioną karteczkami z modlitwami do niego. Zamiast tego, podczas mojej wędrówki znalazłem kilka większych lub mniejszych dziur po Bogu lub po jego synu Jezusie. Zastanawiałem się czym Jezus poza nieautoryzowaną autobiografią zasłynął dla ludzkości i co konkretnie zrobił, że ludzie się do niego modlą i budują mu kolejne coraz brzydsze kościoły. Zaraz potem olśniła mnie pewna myśl na przykładzie moich wymierających krewnych. Myślę, że chyba nie ma na świecie większego obciachu niż umrzeć. Tymczasem fenomen tego człowieka polegał na tym, że potrafił nie tylko umrzeć, ale też wrócić z piekła niczym Terminator z nieśmiertelnym tekstem „I’ll be back”.

Po ostatnich bolesnych doświadczeniach z kobietami uświadomiłem sobie, że kompletnie nie rozumiem mechanizmów rządzących miłością. Zaraz potem, kiedy odkryłem, że jednocześnie nie wiem w co, ani jak wierzyć zaczęła mi towarzyszyć emocjonalna niestabilność. Uwieżcie, że może być do kitu, kiedy jest się w stanie rozpierduchy uczuciowej i poszukuje wiary po to, żeby tą rozpierduchę czymś załatać szukając pocieszenia i pojednania z bytem o ksywce „jestem, który jestem”. Oczywiście nic z tego nie wynikło, a byt w moim przypadku okazał się być niebytem.

Jakby mało było złej energii we mnie, zaczyna mi do tego działać na nerwy to czego się od Was dowiaduję. Twierdzicie, że zarówno wiara w Boga jak i miłość to kwestia wyboru. Opowiadacie, że Boga nie trzeba szukać, bo mieszka on w sercu. Chyba Was zmartwię. W moim sercu Bóg nie przystanąłby nawet na drinka, nawet gdybym to ja stawiał. Tymczasem miłość, kiedy przyszła nie pukała i nie pytała czy może zamieszkać. Władowała się do serca ze swoimi gratami bez zaproszenia i sama dorobiła sobie własne klucze. Nie zapraszałem i nie wybierałem jej nigdy. Teraz kiedy bym chciał, żeby odeszła też nie mam na nią żadnego wpływu. O wierze usłyszałem pierwszy raz na lekcjach religii, która przypętała się do mnie w szkole. Uczyli mnie bajek o świętych i rozdawali kolorowe obrazki. Myślę, że były to naprawdę śliczne obrazki, tylko w żaden sposób nie potrafiłem się już wtedy do nich przekonać. Uczyli mnie pierdół o aborcji, której nie potrafię do dziś przeprowadzać oraz o tym jak papież pokonał komunę. Puszczali filmy o biednych nienarodzonych, wpajali mądrości jak być dobrym katolem i przekonywali o korzyściach wpuszczania do domu księdza po kolędzie. Już wtedy nie znosiłem dewotek katechetek i wiedziałem, że jeśli one pójdą do nieba to ja nie mam czego w niebie szukać. Też tej całej religii nie zamawiałem, ale akurat od niej nie jest żadnym wyzwaniem się uwolnić. Chyba, że mieszkasz pod kościołem i o 6 rano dostajesz darmowe napieprzanie dzwonami na pobudkę. Tymczasem wiara w Boga nie przypełzła do mnie ani razu.

Myślę, że trochę teraz szukam doświadczenia wiary w Boga aby wypełnić sobie pustkę po luce uczuciowej. No i wiadomo – z przekory. Wierzę w to co powiedział Woody Allen, że: „w życiu należy spróbować wszystkiego poza kazirodztwem i tańcami ludowymi”.

Dzisiaj przemierzałem Ateny w poszukiwaniu Boga Zeusa. Kiedy tak stałem bezbronnie mały obok świętego i gigantycznego Partenonu, okrzykniętego najdoskonalszym budynkiem na świecie, wyobraziłem sobie to miejsce jak mogło wyglądać setki lat temu w czasie, kiedy w jego środku znajdował się jeszcze pomnik bogini Ateny dziewicy. Chociaż w mianowaniu kobiet na boginie i księżniczki nie mam wśród żyjących sobie równych i bankowo nadawałbym się na antycznego Greka, nie potrafię sobie nawet wymarzyć jak niebywałą kobietą mogła być ta Atena. Niezależnie od tego, że żadna z moich eks bogiń nie była dziewicą w chwili mianowania, zupełnie nie dziwię się starożytnym Grekom, że potrafili kobietę w taki sposób wielbić. Myślę, że mogła być typem dziewczyny, którą każdy facet mógłby bezrefleksyjnie zaprosić do domu by pokazać matce, a jeśli matka jej nie zaakceptuje to do diabła z matką. Kiedy tak stałem koło tej świątyni irytowała mnie kolejna boska dziura, tym razem wypełniona dźwigiem. Zastanawia mnie kto zarąbał sobie zloty 12 metrowy pomnik do swojego ogródka i zmusza mnie dziś do robienia kolejnego selfie z dziurą po boskiej kobiecie. Najgorsze, że z uwagi na dźwig nie dało się zrobić foty nawet z dziurą…

Moje poszukiwania są żywym dowodem na kompletny brak Boga. Nie tylko go nie ma, ale jeszcze często trzeba wykupić bilet by lepiej zapamiętać moment, w którym nie dało się go nigdzie odnaleźć. Co jest nie tak z tymi wszystkimi religiami? Czegokolwiek się nie dotkniesz spotykasz pustkę po czymś co podobno kiedyś było i już tego nie ma. Myślę, że miejsca kultu ogołocone z pomników, puste groby i dziury po czymś boskim oraz dźwigi przypominać mi już zawsze będą tą samą dziurę jaka pozostaje w sercu człowieka po utracie miłości. W moim przypadku po kimś co spieprzył ode mnie niczym Bóg przede mną i turystami z miejsc świętych. Być może życie to jeden wielki niedosyt czegoś ważnego w postaci dziury, której przyczyny istnienia nigdy nie odgadniemy. Taka dziura, która w szczytowej formie potrafi wywołać w naszym życiu i cierpienie, i złość, i tęsknotę, i strach… Myślę, że tęsknimy za miłością i za pojednaniem się z absolutem po to aby poczuć się w wymiarze ludzkim bardziej spełnionym. A może w tych wszystkich poszukiwaniach jest tak, że szukamy na końcu jedynie siebie. Robert Frost powiedział, że „tańczymy wokół wielkiej tajemnicy. Ta choć zna prawdę – stoi i milczy”.

17 myśli na temat “5 stycznia 2019

  1. Nie wierzę w to iż miłość jest z wyboru…bzdura…miłość wpada w sam środek życia sieje spustoszenie jak tajfun,wywraca wszystko i albo się wyciszy i pozostanie na zawsze albo odejdzie zostawiając po sobie dziurę jak po bombie…co do wiary to się zgodzę,że z wyboru. Chcesz wierzysz nie chcesz nie wierzysz…życie jest dziwne I mocno zaskakujące. I dobrze,że takie jest bo byłoby nudne. A na dziurę po Zet proponuje jakieś bardzo zajmujące hobby…

  2. Proponuję wychowanie labradora, może jakieś akcje charytatywne , kryminały I strzelanie w celach sportowych…

  3. Jutro będzie lepiej 😉 Miłość, religia, porażki i sukcesy, nie ważne. Najważniejsze co jest teraz. Radzisz sobie nieźle (choć może niekoniecznie tak się nie czujesz), znowu się czegoś nauczyłeś (choć może jeszcze tego nie ogarniasz).
    Nie szukaj, zwolnij i zacznij się cieszyć tym co masz i tym co jest. Zatrztrzymaj się na chwilę i nie myśl- żyj. 😉
    A u mnie rostopu po całości.

    1. Brzmi tajemniczo ale wyczuwam głos poparcia dla kierunku. Będę wyhamowywać emocje dalej. Tylko uprzedzam, że gdy znikną przestanę pisać. A świat dopowie „uffff wreszcie”… 🤦‍♂️

  4. Jak to było z tą poezją… 😜 a wychodzi na to że nie tylko ja wylewam nadmiar na papier…
    Jeśli to, że skończysz pisać będzie oznaczało że dobrze ci się układa, to tego właśnie ci życzę. Nawet najpiękniejsze wiersze (a je lubie za bardzo) nie warte są czyjegoś cierpienia. Powodzenia 😉

  5. Ja też jestem pacyfistką Ale od czasu do czasu strzelam….A labrador to fantastyczny kompan do spacerów,zabawy A nawet leniuchowania w łóżku i nie będzie się czepiał….wiesz w sumie to Ci trochę zazdroszczę tego wolnego czasu nawet z Twoimi kłopotami….Eeehhh choć jeden dzień lenistwa…

    1. Bierz labradora i wbijaj do Aten… co tu zazdrościć – klikasz bilet i jesteś. Nie stawiaj sobie limitów 😎

  6. Ha ha ha nie no spoko…jeszcze tylko dziecku to wytłumaczyć I spoko, ogołoce konto mężowi I fru…..

Odpowiedz na „AniaAnuluj pisanie odpowiedzi