28 grudnia 2018

Szalom alejchem Czytelnicy!

Podążam właśnie śladami mędrców, pielgrzymów, wiernych i niewiernych, ale też śladami Boba Dylana, który jest dla mnie nieskończoną inspiracją dla życiowych zmian. Jestem w miejscu boskiej energii. Przybyłem tu pogodzony z niedawnym rzuceniem mnie przez eks, która mnie nie kochała i zażenowany niedokończoną eks-moją miłością do tej eks. Najmniej byłem pogodzony z tym, że nie będzie happy endu ale pieprzę to już. Wyzdrowiałem po rozjechaniu przez ciężarówki zapakowane żalem z firmy transportowej eks, która udaje, że wozi nimi coś innego niż toksyczne odpady z kopalni żalu. Nic z tym nie zrobię co kto wozi i jest mi z tym super, że po dupie dostałem. Takie doświadczenie jest bezcenne! Co prawda nie zamawiałem go i nikomu też nie polecam, ale dzięki temu jestem pierwszy raz w życiu ogarnięty jakąkolwiek refleksją i pojednany z ludźmi, z którymi udało mi się rzutem na taśmę pojednać jeszcze w tym roku. Niestety jestem ciągle skonfrontowany z rzeczywistością, gdyż mnie irytuje, że rzeczywistość śmiała mi tak zagrać na nosie. Pomyślałem, że być może źródłem moich problemów jest to, że nie polubiłem się dotąd z Bogiem.

Przybyłem dziś z pielgrzymami do Jerozolimy by pozdrowić Boga w centrum religijnym naszej cywilizacji. Tu na tych kamiennych uliczkach spotykają się trzy bajki o Bogu. Oczywiście każda inna. Według jednej z tych bajek nie dalej niż 10 km stąd przyszedł podobno na Ziemię człowiek, od którego zaczęła się era Anno Domini i dzięki któremu ten wieśniacki 2018 rok ma liczbę 2018. Tu miała początek nowożytna religia, którą nie wiedzieć czemu wpajali mi od małego do łba ludzie w pogrzebowych sukienkach. Po latach mogę tylko powiedzieć, że z bardzo marnym skutkiem. Mimo to pomyślałem, że koniec tego roku to dobry czas, aby spróbować pojednać się z tym Bogiem, którego nigdy nie widziałem, ani nie spotkałem, ani nie poznałem. Kimkolwiek on jest, jeśli jest, chcę zrobić to jeszcze w tym roku.

Dzięki Bogu jestem ateistą. Korzystam z okazji i ogłaszam to z terytorium innego państwa. W Polsce grozi za to kara śmierci. Są ludzie, którzy mają takie rzeczy za złe. Za to całe życie byłem pragmatyczny. Nigdy nie lubiłem agentów i pośredników. Komiwojażerów i akwizytowów dobrej nowiny też nie znosiłem. Zakładam, że jeśli Bóg by nawet istniał, to nikt nie potrzebuję z nim rozmawiać przez żadnego z tych sprzedawców, ani za gratis, ani za kasę. Nigdy nie czciłem kultem i zbytnim szacunkiem kościołów, kapłanów i świętych obrazków. Wszelkie podobno święte malowidła, nie tylko chrześcijańskie, nudzą mnie do dziś niezmiennie tak samo w muzeach londyńskich i nowojorskich, petersburskich i barcelońskich. Zawsze moją uwagę zwracają na nich trzy rzeczy: cudowne światła świadczące o obecności UFO, ogromny apetyt malarza na halucynogenne grzyby oraz piękne kobiece piersi tudzież pośladki, o ile mieszczą się moich kanonach dietetycznych. Zazwyczaj szybko idę dalej szukając impresjonistów, a potem wyjścia ewakuacyjnego. Nie czuję piękna i dostojeństwa ani u Jezusków, ani u tandetnej Maryi z nagą piersią. Te wszystkie bozie nie przedstawiają dla mnie żadnej wartości. No chyba, że można by je opylić za grubą kasę i wyjechać gdzieś za nią na koniec świata by podziwiać do końca życia słonko i palmy.

Fajna jest dla mnie wkrętka kapłana w tej zabawie w religię. Myślę, że poziom science fiction takiej kapłańskiej głowy nie różni się wiele od szamana, czarodzieja albo maga. Ludzie mają wierzyć w mistycyzm człowieka, który sam ten mistycyzm nakręca, zachowując się jak niezły świr. Ciekawe co by zrobił gdyby mu zabrać artefakty w postaci szat, koralików, korony, krzyżyków i podobnych im baloników na druciku? Do tego taki gość zazwyczaj ma irytujący monopol na prawdę wszelaką. Kończy się to nonsensem, kiedy szamani przeprowadzają wykłady na temat chociażby seksu, a ktoś im nakazał celibat, żeby ich kasa po śmierci nie wyszła poza kościelną korporację. I jak zwykle jeśli nie wiadomo o co chodzi, to oczywiście chodzi o kasę lub ewentualnie o seks. Dlatego o seksie to oni dla mnie wiedzą tyle co ja kiedyś z pornosów. Bob Dylan powiedział: „wszystkie prawdy na świecie sumują się w jedno wielkie kłamstwo”. I ja właśnie w to wierzę. Wierzę, że nie wierzę w żadne mądrości ani klechów, ani czarodziejów, ani eks dziewczyn epatujących przemądrością. Wybieram wiarę w siebie, pokorę i dystans zamiast w mądrych chytrusów.

Ale wierzę w Boga luki. Jestem pewien, że ilekroć starożytni natrafiali na jakąś lukę we własnej wiedzy tworzyli sobie jakiegoś boga by ją zapełnić. Z czasem ta luka się kurczyła, ponieważ wiedza ludzkości stawała się coraz obszerniejsza. Lubię w religiach monoteistycznych to, że panteon bogów, zamienił się na maksymalnie kilku. Łatwiej w tym wszystkim się dzięki temu połapać. Przy okazji – jestem przeciwnikiem zakładu Pascala. Jeśli jest Bóg i uwierzę w niego stracę życie doczesne, ale zyskam wieczne. Ale jeśli nie ma Boga stracę wszystko. Co za wyrachowana bzdura. Zauważyłem u siebie od dłuższego czasu nie tylko brak wyrachowania w kwestiach kasy, miłości, seksu ale też w religii.

Kimkolwiek jesteś „wybacz mi Ojcze, bo mocno zgrzeszyłem” chciałoby się zacytować Jamesa Bonda z filmu: „Tylko dla twoich oczu”. Byłoby mi miło, gdyby Bóg choć raz przemówił do mnie tym samym sarkazmem co Q w tym filmie. Albo w ogóle przemówił czasem cokolwiek. Chociaż Woody Allen już dawno zauważył, że „jeśli Ty mówisz do Boga modlisz się. Jeśli Bóg mówi do Ciebie to znaczy ze masz schizofrenię”. Więc może lepiej, żeby Bóg nic mi nie mówił. Myślę, że gdyby Bóg miał jaja i mógł się odezwać do mnie już dawno by to zrobił i brzmiał by on mniej więcej tak samo jak Bruce Lee z „Wejścia smoka” do Hany: „zgrzeszyłeś przeciw mojej rodzinie i świątyni Shaolin”. Przyznaję, że czytając starożytne kamienne tablice, które wymienił na nowe elektroniczne dopiero jakiś czas temu Steve Jobs, wprowadzając pierwszego iPada, muszę ze smutkiem przyznać, że zgrzeszyłem przeciw boskiej rodzinie, przeciw sobie i przeciw Bogu. „Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną”. Tu najbardziej poległem. Boże nadałem godność bogini pewnej ziemskiej kobiecie. Zrobiłem z tej zwykłej dziewki bóstwo w mojej głowie. Rozpieprzyłem tym jej i swoja psychikę. Stałem się wyzwaniem dla szamanów i psychologów, księży i egzorcystów, wyzwaniem dla samego siebie. Sprawiłem, że wróżki po moich wizytach u nich paliły swoje karty tarota i wszystkie przeszły na buddyzm, a poradniki o miłości trzeba dziś uzupełniać o całe rozdziały nowych porad na bazie mojego przypadku ześwirowania. Zrobiłem to, bo nie rozumiałem, że pewnych prastarych boskich praw łamać mi nie wolno… W swej naiwności wierzyłem w miłość, o której nie ma ani słowa w dziesięciu przykazaniach. A może do diabła już z tą wredną miłością. Jedna z moich czytelniczek napisała, że miłość to wybór. Chyba najwyższy czas wybrać ostatecznie, że mam gdzieś już tą miłość.

Dziś, mając na głowie jarmułkę stałem pod Ścianą Płaczu i obserwowałem modlitwy tych co byli dziś w tym miejscu ze mną i wieki przede mną. Wszystkie modlitwy są poupychane na karteczkach wciśnięte między starożytne cegły ściany ocalałej po Świątyni Jerozolimskiej. Jedna z tych karteczek podarowana została dziś Bogu przeze mnie, a inna niedaleko mojej jest tą, którą wetknął tam kiedyś Bob Dylan. Tylko my i sam jeden Bóg wie co mu tam na nich napisaliśmy…

Kobieta, która zabiła mój związek z nią ma dziś tyle samo lat co Mozart w chwili śmierci. Modlę się dziś za siebie, za mój rozum i za wieczną miłość do kogoś innego. Niechaj dobry Bóg gdziekolwiek jest sprawi aby tamta diabelska miłość do tej dziewczyny we mnie też już sobie odeszła niczym Mozart. Chciałbym wreszcie potrafić spokojnie żyć i nie musieć wysłuchiwać ani jednego więcej od niej requimem po tym naszym umarłym, beznadziejnym związku.

Tuż przed wylotem do Izraela rozmawiałem z moim serdecznym przyjacielem i pytałem go czy uważa, że dobrotliwy Bóg mnie kiedyś wysłucha w tej lub innej sprawie. (Pozdrowienia dla Zdzisia). Odpowiedział, że „musi mnie zmartwić. Nie wysłucha. Bo go nie ma”. A ja trochę wierzę, że mimo wszystko ktoś się tymi moimi modlitwami zajmie. Nie możliwe, że to wszystko od tych ludzi trafia do kubła. Będę czekał, aż moje zlecenie jakiś święty przeczyta, poda Bogu i Bóg coś z nim zrobi. Skoro Bóg ma tylu klientów to niech wreszcie skupi się na jakości, a nie tylko ilości. Kiedy już coś z tym zrobi, będzie to dla mnie wystarczający powód by móc w niego uwierzyć i to tak na poważnie, tak po raz pierwszy w życiu.

A lud Boży powiedział: amen…

15 myśli na temat “28 grudnia 2018

  1. Moja serdeczna przyjaciółka powiedziała mi kiedyś ” Jezus umarł za wszystkich , nawet za mnie….” te słowa mają moc. Ani ona ani ja nie jesteśmy fanatycznymi katoliczkami, chodzimy czasem do kościoła czasem się modlimy I obie zastanawiamy się czy Bóg istnieje …..I wiesz co jak dla mnie to istnieje, pomimo że czasem chce mu wygarnac,że pozwala na to zło które jest na świecie… teraz siedzę i czytam książkę pt. Bóg nigdy nie mruga…Nie jest to książka religijna. A jeśli chodzi o Zet I postawienie jej w roli boginii….No cóż dla Ciebie była ona ideałem kobiety, uosobieniem miłości i pragnień więc się nie obwiniaj za to …za Ciebie też umarł, więc nie bój żaby 😉😁

    1. Andzia chciałbym umieć wierzyć w to co Ty. Jestem człowiekiem słabej wiary. Jestem właśnie w Betlejem i pierwszy raz boję się o życie. Tu chodzą nastolatki i mają w rękach broń dla szpanu. Cztery lata temu tu gdzie mieszkam latały rakiety. Nie wiem czy lokalesi wiedzą, że ktoś za nich kiedyś umarł. Ja wiem jedno – spadam stąd skoro świt i nigdy nie wrócę…

  2. Ciekawe do czego dojdziesz w tych poszukiwaniach, ale ważne jest to, że szukasz .
    A może wcale nie chodzi o to” by złapać króliczka ale by gonić go…”?

    1. Najważniejszy jest w życiu święty spokój. Zaczynam doceniać te oklepane zdanie pana, który mi je kiedyś sprzedał na Mazurach. Chłop wiedział co mówi 😊

      1. Czy ja wiem? Czy można mieć spokój będąc bezdomnym łachmaniarzem? On też boi się o miejsce w barłogu, o jakiś ciuch, czy żarcie. Na drugim biegunie zasobności jest jeszcze gorzej, bo obaw coraz więcej

        1. No właśnie. Nikt nie wie co nas czeka pominąwszy opuszczone łachmany starości… i tak jest dobrze…

          1. Nikt tego nie wie ale sztuka polega na tym, aby posiąść zdolność radzenia sobie w każdej nowej sytuacji, a to wymaga jednak roztropności i nieustannej pracy

  3. Ale uderzenie w palec przekierowuje naszą uwagę na palec odciągając ją od głowy.
    Podobno walenie głową w mur też ma swój głęboki sens

    1. Ja dotykałem głową w cegły Ściany Płaczu. Przyznaję, że jest tu energia od Boga. Nieziemskie miejsce…

      1. Mam w oczach obraz JP II który modlił się tam i też wkładał karteczki w szczeliny. Minęły lata, a w tym czasie pewnie zapełniono by kontener takimi karteczkami. Co oni z tym robią ?

Odpowiedz na „NindeAnuluj pisanie odpowiedzi